Nie wiesz, kiedy i jak to się stało.
Stopniowo, niezauważalnie, latami zabrnęłaś w relację z kimś, kogo nie znasz…
To już nie jest Twój idealny, charyzmatyczny partner. Maska opadła. Nagle dostrzegasz twarz emocjonalnego przemocowca. Twarz psychofaga.
I wtedy próbujesz się z tego wyrwać. Musisz się wyrwać, bo niebawem zostanie z Ciebie rozmontowany psychicznie wrak człowieka.
Zaczyna się nierówna walka zdrowego rozsądku z chorymi emocjami.
Czujesz, jakbyś miała dwie głowy, mówiące różnymi językami i przekrzykujące się nawzajem, a Ty nie wiesz, której z nich masz usłuchać.



niedziela, 7 kwietnia 2013

NOTA O KSIĄŻCE




Niniejszym ze wzruszeniem przedstawiam i oddaję w Wasze ręce – Moje dwie głowy.

Doprawdy nie wiem, od kogo mam zacząć wyliczankę tych, którzy w powstawaniu książki udział wzięli. Może od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Od okładki.

Praw do wykorzystania swojego obrazu Awakening (Przebudzenie) w charakterze ilustracji na okładce Głów użyczył mi Tomasz Alen Kopera. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, kim jest ten fantas-tyczny malarz, to zapraszam na jego stronę (http://alenkopera.com).

Projekt okładki wykonał Jerzy Grzegorkiewicz. Pan Jerzy współpracował jeszcze z moim śp. wujkiem w jego drukarni, więc powierzyłam mu stworzenie „skórki” bez obaw. Wyszło szlachetnie, nordycko, bez krzykliwości.

Redakcję i korektę tekstu, wspólnie z panem Jackiem Środą, wykonała pani Małgorzata Denys, która oprócz tego, że współpracuje z najlepszymi wydawnictwami w Polsce, jest również Mistrzem Polskiej Ortografii czyli mistrzem świata (i oświadczam to jako filolog).

Patronat medialny nad książką objął:
Portal Pomocy Psychologicznej Psychotekst wraz ze Stowarzyszeniem Intro

Matronat medialny nad książką objęła:
Fundacja Kobiece Serca 

Jednocześnie informuję, że na stronie Psychotekstu ukazał się, będący zapowiedzią książki, wywiad, który zrobiła ze mną Małgorzata Osipczuk.

Książkę będzie można nabyć po 17 kwietnia na stronie sklepu internetowego (NAVEL.pl) stworzonego specjalnie na potrzeby Głów, a zaprojektowanego przez Dominika Krupczaka (na którego wysmakowanym art-blogu można utonąć na wiele godzin).

Dziękuję wszystkim (głównie mojej rodzinie i przyjaciołom), którzy wspierali mnie i uczestniczyli ze mną w tym fascynującym procesie, jakim jest tworzenie książki. Zawarłam w niej podziękowania dla tych, bez których ta książka by nie powstała, albo zajęłoby jej to znacznie więcej czasu.

No to lecimy z tą pandemią samoświadomości.


  


59 komentarzy:

  1. ..a pamiętam jak kilogramy świetlne temu rozmawiałyśmy, że książka albo film, lub program w tym temacie, to byłaby mocna rzecz...
    Maju, gratuluję!!!!!. Można rzec, że tą książką zamknęłaś pewną epokę i otworzyłaś nową.
    Życzę, by wszystkim czytelnikom dała siłę i była dobrym początkiem na drodze do pozytywnych zmian.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochanie, nareszcie!!!
    Pamiętam pierwsze momenty, kiedy zaczęłaś pisać jeszcze na swoim blogu, w zakładce. Pamiętam jak narodził Ci się pomysł na książkę. I JEST!. Słowo stało się ciałem. Serdecznie Ci gratuluję z calusieńką moją rodziną. Hasbend Steniny też się doczekać nie może aż złapie książkę i poczyta w papierze.

    Jestem z Ciebie strasznie dumna. Straszliwie i przeogromnie. Jesteś wielka!

    OdpowiedzUsuń
  3. OK. Film będzie następny. Chcesz rolę główną? Masz. Bez castingu, po STAREJ znajomości.

    OdpowiedzUsuń
  4. tylko nie starej:)))) rolę biorę w ciemno (od dawna drzemie we mnie "bosska greta")

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratulacje, kochana :)
    Jestem bardzo dumna z Ciebie i z Twojego "dziecka".
    Po pierwsze - WIEM dokładnie, ile Twojej pracy, pomijając samo pisanie, wiązało się z wydaniem książki. Czapki z głów i nowa umiejętność do CV.
    Po drugie - cieszy mnie niesamowicie to, jak wokół książki skupiła się dobra energia oraz łańcuch genialnych, pełnych pasji, energii i dobrego serca LUDZI.
    Sukcesu wydawniczego życzę, bo mentalny już dawno odniesiony.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratuluję Maju! Twoja konsekwencja w dążeniu do celu może być dla nas wzorem. Miejsce na honorowej półce dla twoich Głów już przygotowałam, myślę, że będzie Ci się podobało towarzystwo, same wspaniałe kobiety, autorki, które odnalazły w życiu swoje miejsce, swoją drogę. Czekam z niecierpliwością na mój egzemplarz!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo się cieszę na tę książkę. Dziękuję,że trafiłam na Twojego bloga i na Terapię przez pisanie;otworzyłaś-otworzyłyście mi ,mądre kobiety, oczy i uszy.Uciekam i być może już jutro będę ucieknięta z małżeństwa z psychofagiem.Może stanie się cud i skończy sie moja udręka-trzymajcie kciuki za mnie jutro od 10.30.

    OdpowiedzUsuń
  8. Maju! Ciesze sie ogromnie, z ksiazki, ale tez bardzo ze jest dobrze wokol ciebie,ze otwierasz sie na nowe przed toba, ze ucieklas do przodu!
    Okladka piekna, czekam na zakup, sciskam cie mocno i gratuluje!

    OdpowiedzUsuń
  9. Pewnie każda z nas ma takie momenty, kiedy chce się powiedzieć "eureka". Dla mnie jednym z takich momentów było, kiedy moja koleżanka powiedziała, że skalpel w rękach chirurga ratuje życie, a w rękach złoczyńcy jest narzędziem zbrodni. Może nic odkrywczego, a dla mnie moment, kiedy zrozumiałam, że najważniejsza jest intencja działania. Maja swoją książką pokazuje kobietom, nie tylko kobietom, że mimo toksycznej, odbierającej siły i zagrażającej zdrowiu, nawet życiu, relacji z psychopatą, można zebrać siły, wykonać gigantyczny wysiłek i... usunąć pasożyta wraz z jego odchodami z siebie. A w tym nowym miejscu w nas powstanie nowe życie. Maja ze swoją szczerością, darem wypowiedzi i siłą, by słowo stało się ciałem, dała podwaliny wielu nowym "życiom", o czym komentarze czytelniczek świadczą. Już się cieszę na "połknięcie" książki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie czytam i czytam , i naszła mnie taka myśl która została niejako pobudzona przez Nike " Maja swoją książką pokazuje kobietom, nie tylko kobietom", no właśnie czy znacie Dziewczyny jakąś kobietą psychofażkę? Albo inaczej faceta, normalnego faceta, który wplątał się z związek z taką kobietą? Czy tylko oni tzn mężczyźni są w znacznej większości dotknięci tą "skazą" hormonalno/genetycznie?Bógwiejeszczejaką.
      Nika czy Ty znasz kogoś takiego skoro o tym napisałaś. Ja osobiście niestety znam tylko kobiety cierpiące przez różnej maści psychofagów.
      Czytam bloga od jakiegoś czasu i prawdę powiedziawszy zauważyłam może ledwie kilka nicków które mogą być męskie.
      Ni euważacie , że to jest ciekawe?
      Pozdrawiam Wszystkich
      A Mai bardzo, bardzo gratuluję i już nie mogę się doczekać ;)))

      Usuń
    2. Oczywiście, że znam - moja mama i mój tata. Ciepły, normalny facet, który dosłał od kobiety wszystko co najgorsze w wydaniu absolutnie psychofażym.
      Ale muszę zaprotestować na taką tezę, że kobiety "cierpią przez różnej maści psychofagów".
      NIKT IM NIE KAŻE TKWIĆ W TAKIM ZWIĄZKU!!!!!!!!!!!! Wejść w związek może prawie każdy, choć nie absolutnie każdy, bo jednak sygnały ostrzegawcze są dość wyraźnie, nawet na początku. Wchodzą w takie związki wyłącznie osoby, które rozpaczliwie potrzebują miłości - z akcentem na "rozpaczliwie", a nie na "miłości".
      Ale pozostanie w związku, który krzywdzi i wiąże się z cierpieniem (zwłaszcza cierpieniem dzieci) to już wyłączna decyzja każdego z nas. Nie psychofaga, tylko jego ofiary.
      Miłość i cierpienie wykluczają się, a małżeństwo to nie posłuszeństwo.
      Ja sama latami mówiłam "ale ja go kocham.....". Teraz widzę, że z mojej strony to było wiele rożnych uczuć, ale miłość to raczej nie.
      CIERPIĘTNICTWO - taką zbiorczą nazwę bym nadała temu zjawisku. Teraz się tego wstydzę ale muszę się z tym zmierzyć.
      Kiedyś nazywałam siebie Kobietą Która Kocha Za Bardzo, z naciskiem na "kocha". Teraz wiem, że byłam Kobietą, Która Wczepiła Się W Mężczyznę Za Bardzo. Do utraty własnego życia, które sama oceniłam jako nic niewarte bez faceta.
      Nie dawał mi miłości ani akceptacji, więc to nie był "głód miłości".
      Dawał mi poczucie przynależności do zamkniętego dla mnie świata, który wtedy ceniłam wyżej niż siebie i mój świat (artyści - mąż, motocykliści - R.).
      Dawał mi akceptację społeczną, bo sama uznałam siebie za nic niewartą bez mężczyzny.
      Dawał mi chaos, bo nie chciałam być sama ze sobą.
      Tak więc cierpiałam przez siebie, a nie przez psychofagów.

      Usuń
    3. Masz absolutnie rację, kazałabym ten post czytać, oczywiście w ramach terapii, wszystkim kochajacym za bardzo :(

      Usuń
  10. Super już się cieszę ;)) akurat będzie co czytać w długi weekend. GRATULUJĘ!

    OdpowiedzUsuń
  11. Maju, gratuluję z całego serca! Bardzo się cieszę, że to już i nie mogę doczekać się wersji elektronicznej. Choć pewnie przy okazji wizyty w PL zakupie papierową, bo okładka jest obłędna :)
    To pisałam ja, Agga, która już za miesiąc wprowadza się do SWOJEGO WŁASNEGO, małego mieszkanka :) Gdyby nie Głowy pewnie nie podniosłabym się z kolan i nie zaczęła uciekać do przodu :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Agga, nie mogę powiedzieć, że się cieszę, bo to nie są okoliczności do cieszenia, ale jestem z Ciebie DUMNA.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedyś ktoś mi powiedział, że jak się ma siłę na wyjście z chorego związku z psychofagiem to i sę na proces zdrowienia będzie się mieć. Ja się z psychofagiem rozstałam ponad rok temu i od czasu do czasu mam (a może miałam) wątpliwości, że tak jest: że mam w sobie siłę, i że dam radę. Brakowało mi kogoś, z kim mozna porozmawiać i czuć się zrozumianym w tej kwestii. Wczoraj przyszła do mnie ksiażka. Przejrzałam, i poczułam, że już jestem w dialogu z kimś kto rozumie: wstyd (bo się zaufało takiemu psychofagowi), doły (a myślałam, ze dotyczą głównie mnie), poczucia osmotnienia.

    Dziękuję za książkę Maju.
    Myślę, że warto by ją było przetłumaczyć i podzielić się nią ze światem. Bo to książka nieco inna, w tym całym nagromadzeniu przykrości przebija (czasem gorzkie) poczucie humoru.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie ma sprawy, przetłumaczymy. Tytuł roboczy: "My Second Head".
    Cieszę się, Kasiu, że mogłam Ci ulżyć. Mnie też w swoim czasie świadomość, że "nie ja jedna" bardzo pomogła :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie przeczytam. Nie dam rady. Wyszłam - a właściwie uciekłam z takiego małżeństwa i jestem teraz w nowym, dobrym i bezpiecznym. Tamto trwało 10 lat,to ma 9. Trauma zostawia jednak niezatarte ślady. Pomimo psychoterapii, chwile kiedy czuję się silna, przeplatają się z tymi, w których chciałabym zniknąć, rozsypać się znowu na kawałki. Łatwo zbić mnie z pantałyku. Świat ludzi to wciąż dla mnie groźne miejsce. Stąpam przez życie dynamicznie i pewnie, jednocześnie jestem irytująco krucha i nadwrażliwa. Coś jak posklejany talerz, albo połatane ciuchy. Niby ok, ale nie nadają się do normalnego użycia.
    Gdyby to była przemoc fizyczna i były mąż np. złamałby mi rękę, pewnie ta ręka też byłaby nie do końca sprawna. W przypadku przemocy emocjonalnej, psychika chyba też nigdy nie wraca do100% sprawności.

    Jestem naprawdę ciekawa, czy takie pogruchotane psyche, które daje o sobie znać podczas tych niepogodnych chwil codziennego życia, to tylko moja przypadłość.

    Gratuluję, Maju, książki - głównie siły, jaka Ci niechybnie towarzyszyła podczas jej pisania.
    życzę cudownego, udanego życia!

    OdpowiedzUsuń
  16. Wydaje mi się, że ta emocjonalna dychotomia dotyka większość ludzi po przemocowych przejściach. Przez jakiś czas świat wydaje się być miejscem najeżonym niebezpieczeństwami bo to typowe dla PTSD. Dziś już postrzegam to inaczej. Społeczność ludzka jest jak żywy organizm – są komórki zdrowe ale też trafiają się zwyrodniałe. Jakby co - resekcja, chemia, a dalej już tylko profilaktyka.

    Nie mogę się wypowiadać za innych, jednak tego, co mi teraz towarzyszy nie nazwałabym lękiem a raczej (wreszcie) zdrową ostrożnością. Może jest to dla nas dziwne, bo nasza uprzednia nadmierna ufność (no dobra, naiwność) towarzyszyła nam tak długo, że teraz trudno się z ową ostrożnością oswoić ale mnie to jednak daje poczucie bezpieczeństwa i zaufania do siebie. Każde doświadczenie nadaje się do nauki. My, co prawda, miałyśmy gównianych nauczycieli, ale bystrego ucznia nawet taki nie zniechęci. Można to przełożyć na różne sfery życia. Ja pracuję wśród sporej rzeszy ludzi i z racji nowych obowiązków ciągle poznaję kolejnych. W życiu prywatnym jest nie inaczej. Nowo nabyta wiedza przydaje się. Dzięki temu, że nauczyłam się na odległość rozpoznawać mechanizmy, wedle których działa czarodziej-pasożyt, już dużo sprawniej idzie mi w odpowiednim momencie wyłapywanie tej niewidzialnej granicy, kiedy próbuje się mną manipulować. Pewnie jeszcze nie raz w jakichś błahych sprawach dam się zrobić ale w tych naprawdę istotnych już raczej nie. Ty, Joanno, przecież też żyjesz w dobrym związku - po raz kolejny dokonałaś już trafnego wyboru. Znakiem tego – lekcja odrobiona. A że przychodzą gorsze dni? Pokaż mi takiego, do którego one nie przychodzą. Królowe, i te miewają doły, więc i my dajmy sobie do nich prawo.

    Pozdrawiam Cię serdecznie i to ja Ci gratuluję, bo nie jesteś połatanym ciuchem tylko ciekawym patchworkiem, a to WIELKA różnica. Niejeden nowy ciuch mógłby Ci pozazdrościć.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dziękuję. Przede wszystkim za wiele zrozumienia dla siebie, które dała mi książka. Jedynie czego żałuję, to że dopiero teraz wpadła mi w rękę. Oszczędziłabym sobie wiele cierpienia, strat, lęków, chorób somatycznych, nerwicowych. Dziękuję!
    Już WOLNA Barbara

    OdpowiedzUsuń
  18. Droga Pani Maju.
    Przeczytałam Pani bloga prawie jednym „haustem” i wszystko co jest tu napisane trafiło we mnie jak grom z jasnego nieba. Uświadomiło mnie. Byłam w fazie odchodzenia od psychofaga, ale następowało to dość nieśmiało. Mianowicie zaprzestałam kontaktu, ale nie powiedziałam mu zdecydowane NIE.
    Trwałam w relacji z psychopatą (borderline) ok. 3lat. Nie będę wypisywać dokładnie co przechodziłam i jakie sztuczki używał wobec mniej mój psychofag. Chcę napisać o momencie opadnięcia klapek z oczu. Które niestety przyznaje się jeszcze troszkę są zaślepione, ale najważniejszy jest brak kontaktu. To meritum. To jak inwestycja w siebie. Pani blog dał mi świadomość za co jestem wdzięczna, co więcej czyta się Panią tak dobrze i miło, z takiej osoby jak Pani cudownie jest czerpać wzór oraz motywacje. Skaczę wątkami, ale chciałam opisać moją ostatnią rozmowę z psychofagiem. Zerwałam kontakt nagle bez powodu w zasadzie, to znaczy powód wiadomo jaki był, tylko to biedaczysko nie zdawało sobie sprawy, co ja kombinuje. Psychofag przywitał mnie słowami co jest kurwa, ze w zasadzie to nic ode mnie nie chce takie tam żarciki, ale ogólnie co u mnie. Troskliwym przyjacielskim tonem pytał o rodzinę, karierę, szczęście, zdrówko, no o wszystko. Odpowiadałam na wszystkie pytanie pozytywnie,ale zdawkowo, bo w istocie tak było, padło pytanie o chłopców, również. Wtedy u psychofaga zapada niesforna cisza. Spytałam z grzeczności co u ciebie? A on cóż zależy co chcesz wiedzieć. Duzo, dużo. Ja: że właściwie nic, ale pytam z grzeczności oraz mam empatię. Cisza, cisza, sza sza sza. Psychofag staję się szary jak rolka najtańszego papieru toaletowego. Śmieje się do słuchawki i w sumie nie pamiętam co jeszcze powiedział. Pani Maju muszę się przyznać, że nadal mam chwilę słabości, tęsknię i na moje nieszczęście psychofag tworzy i jego pisanina jest ogólnie dostępna. Głowa A analizuje, hajuje i defuje no i może troszkę martwi i czas jej uciekaaa, głowa B widzi słabego niemłodego już pana, samotnego i nieszczęśliwego, który swoje żaliki i frustracje na świat przelewa, Jego pisanie jest przykre, śmierdzące i niezdrowe. Maju moja historia jest długa i powtarzalna, może i ciekawa, ale chcę napisać coś wnoszącego. Pisze Pani o jak najszybszym zakończeniu znajomości, myślę, ze odpowiednie zakończenie też jest ważne. Cztery razy zakończałam tą znajomość i ostrzegam: nigdy dziewczyny nie żegnajcie psychofaga osobiście oraz w słabej kondycji. To pogłębia traumę przy zapominaniu i niestety wracających wspomnieniach, które będą coraz rzedziej się pojawiały, ale będą. Nie wyobrażam sobie odezwania się do niego i obiecuję, że tego nie zrobię. Co mi towarzyszy :wstyd. Wstydziłabym się przed przyjaciółmi, teraz przed Panią, a przede wszystkim przed samą sobą. To nic dobrego nie przyniesie, zabierze tylko czas!!!! Drugi komentarz napiszę o rezultatach.Pozytywnych. Zdrowych. Do poprzedniego okresu przypisałabym jedną nazwę niestrawność psychofagowa, nowotwór psychofagowy. Psychofag uzbrojony(podczas manipulacji i w kontakcie) i nieuzbrojony(przy kontakcie pośrednim, czyli taki jaki mi się zdarza).
    Pozdrawiam i dziękuję.
    Wdzięczna.

    OdpowiedzUsuń
  19. Maju, wiele moich dat łączy się z Twoimi. Zarzuciłam. Odgrzebałam, bo pamiętałam, że może dla wtajemniczonych ale wiele tam wiedzy tajemnej. Dziś widzę, że to zapis o'błędnego koła, w którym Kobieta_Taka_Jak_Ja tkwiła - tkwi? - od paru ładnych lat. http://tamimami.blox.pl/2011/12/W-dniu-gdy-naprawde-zaczelam.html

    OdpowiedzUsuń
  20. dziś zamówiłam książkę...nie mogę jej się doczekać...czytałam fragmenty u koleżanki...mistrz.

    OdpowiedzUsuń
  21. dziękuję za wspaniałą książkę , gratulacje , dosłownie ją " połknęłam" w 3 dni ... zaznaczyłam fragmenty mocno odnoszące się do mnie by móc szybko do nich wrócić .Otworzyłam w pełni oczy , od 6 tygodni zero kontaktu z psychofagiem... dziś skasowałam konto email na które do mnie pisał , pracuje nad blokadą połączeń w tlf jeszcze. Dla mnie ta książka pomogła postawić kropkę na " i" i zobaczyć prawdziwe oblicze mojego psychofaga. Zapewne lektura ta uratuje wiele kobiet od dalszej zguby , lepiej późno niż wcale... by wykasować psychofaga z Waszego życia
    Życzę by innym czytelniczkom książka pomogła wyrwać się raz na zawsze z ramion kata przebranego za " słodkiego i niewinnego Misia" . Gorąco pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  22. Ale się naszulałam. Iejsca gdzie można komentować☺. Dzięki za komentarz u mnie i cudowny blog który proqaszisz. Niestety,mogę opublikować maksymalnie tyle historii ile dostaje :( chyba, ze chcialabys króciutko streścić swoją i można połączyć to z linkiem do Twojej książki jako rozwinięcia :) jeśli masz ochotę, zaprasza do kontaktu mailowego, adres jest na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Witam Cię, Aniu Malująca Swój Świat :)

    Najkrócej jak się da? Proszę – było kilka lat do dupy (bo pomyliłam współuzależnienie z miłością), potem poszłam po rozum do głowy (bo się na siebie wkurzyłam), przez chwilę zacisnęłam zęby (i wykonałam trochu pracy u podstaw nad sobą) a teraz codziennie z rana całuję siebie po rączkach (bo nie dałam ciała i teraz mogę żyć normalnie, radośnie i godnie). To tak w telegraficznym (a raczej anatomicznym) skrócie.

    Dziękuję z zaproszenie. Pomyślę nad jakąś krótką formą literacką, żeby nie zanudzić Twoich Czytelniczek, ale sama, jako autorka książki domyślasz się, że skompresowanie tego to zadanie niełatwe. Ale, słowo, postaram się w wolnej chwiluni poczynić (cytując Toyad Mordovnick) osobiste „pierdolomento o wolności”, bo pamiętam, że mnie samej kiedyś brakowało takiego kopa w postaci informacji z lepszego świata, że MOŻNA i to LEPIEJ.

    A jeśli chodzi o komentarze i niemożność ich wpisywania… No cóż. Blogi okołoprzemocowe rządzą się trochę innymi prawami, mają inną specyfikę niż taki, jak Twój, choć idea motywacyjna tożsama. Tu trafiają kobiety zmaltretowane psychicznie przez swoich oprawców, ale nadal mające potrzebę mówienia więcej o nich niż o sobie. A jeśli o sobie, to w kontekście zagubienia i niemocy. A potem znikają, co jest jak najbardziej w porządku, bo żaden blog ani forum przecież nie załatwi za nich ich spraw. Odchodzą, ale ten smutny ślad po nich zostaje i kolejne wchodzące tu dziewczyny odnoszą wrażenie, że na tym etapie próba wyjścia z chorego związku się kończy, co jest nieprawdą tylko zaledwie początkowym, krzywym zwierciadłem całego procesu. To naturalny etap, który doskonale rozumiem ale są miejsca do tego dedykowane więc tu mogę sobie pozwolić na hamaczek i komfort utrzymywania bloga-czytelni. Wchodzisz, czytasz i albo się z problemem utożsamiasz i podejmujesz kroki, albo nie masz z tym nic wspólnego i wychodzisz (i idziesz na bloga Ani). Moja rola spełniona. Nie mam imperatywu (że znów zacytuję Toyad) „wpierdalactwa osobistego”. W ostatecznym rozrachunku każdy sam sobie musi poradzić z syfem przemocy. W swojej głowie. Zostawiłam tylko te komentarze, które są pamiątką po dziewczynach, które tu kiedyś były i dziś, mam nadzieję, też co rano całują siebie po rączkach.

    OdpowiedzUsuń
  24. Całuję, a jakże. Ale Maję całuję przede wszystkim. Za poczucie humoru, inteligencję, ironię, bloga i wsparcie osobiste, zwłaszcza jak mi się świat rozsypał po raz setny i to nie miał gdzie - wysoko w górach Serbii, skąd nie było szybkiej ucieczki.
    Całuję Cię Maju po rączkach.
    Stella

    OdpowiedzUsuń
  25. Maju.
    Powiedz proszę jak radzić sobie z tym pierwszym szokiem, kiedy nagle odkryje się ogrom kłamstw i zdrad. Mam wrażenie, że się rozszczepiam.

    I jeśli nie proszę o zbyt wiele, napisz proszę, że to możliwe, żeby psychofag kiedyś nic dla mnie nie znaczył. Nie umiem w to uwierzyć, że kiedyś on będzie mi obojętny. A bardzo tego potrzebuję. Czy to w ogóle możliwe?

    Poza tym dziękuję - za tego bloga. Odkryłam go 3 dni temu kiedy rozpadł się mój świat. Dzięki blogowi wierzę, że ogarnę się szybciej, że wytrwam na detoksie, że nie wrócę. Póki co szturm się nie zaczął...boję się pierwszej fali. Ale wiem że jednocześnie na nią czekam, jak wygłodzone zwierze na pokarm. Wiem że tak nie powinno być. Nie chcę się poddać. Nie, wróć, nie poddam się.

    Zdemaskowanie go przed znajomymi dało mi wielką siłę. Zrozumiałam że nie ma powrotu. Ale teraz boję się zemsty.

    Kiedy znalazłam dowody zdrad miałam wrażenie dryfowania - dzięki Twojemu blogowi czuję, że stąpam znów po ziemi.

    Przepraszam, że piszę tak telegraficznie, ale jestem w wielkim chaosie.
    Jeszcze raz dziękuję za bloga. On mnie ratuje.
    Maja (też:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Dużo już zrobiłaś, Maju, więc dasz radę.
    Obojętny? Nie mam pojęcia, jak to będzie u Ciebie. W moim przypadku przerodziło się to w rodzaj obrzydzenia z domieszką politowania. Obojętność do samego zjawiska po takich przeżyciach chyba byłaby niezdrowa, bo nie spełniałaby funkcji ostrzegawczej na przyszłość.

    OdpowiedzUsuń
  27. Maju moja historia to historia życia z książkowym psychopatą. Teraz już to wiem. Po tym jak mój jeszcze mąż wyprowadził się z domu lawina ruszyła. Odkryłam romans, dzięki jego kochance wcześniejsze. Jak poskładałam fakty to wyszło że sypiał nawet z czterema kobietami jednocześnie, ze mną starał się o drugie dziecko. Jakie to uczucie jak moje 5 letnie dziecko woła w nocy tatę, a tata na rzekomych delegacjach, a dziecko czeka, a żona wierzy, a teraz myślę ze chciałam wierzyć. A tatuś zamiast na delegacjach mieszkał u kochanek. Ostatnia jego zdobycz mieszka 10 km od nas. Mój mąż zamiast do córci mijał nasz dom i jeździł po pracy do niej i jej dziecka. Ba, wyszło teraz, że przed ślubem też miał dziewczynę i spotykał się z nami równocześnie i zaraz po ślubie. Nie potrafię opisać tych kłamstw, tych manipulacji. A teraz wydaje się taki zadowolony, nie czuje się winny, jakby nic się nie stało. Otóż stało się. Ja czuje się nikim, ale najgorsze w tym wszystkim jest to ze potwornie boje się o córkę, co możne jej zrobić w sensie psychicznym. Nagle teraz gdy prawda wyszła na jaw stał się tatusiem na każde zawołanie, gotów na wszystko, to nic ze niedawno mówił ze mamy gdzie mieszkać (miał na myśli dom moich rodziców). Moja Pani psycholog mówi, że to typowy socjopata, ja już tez to wiem, ale co mam zrobić żeby uchronić dziecko? Mój mąż szantażuje mnie ze przedstawi jej kochankę, ze nie ma na co czekać, ze spędzi z dzieckiem urlop, choć mała boi się spać beze mnie. On wie doskonale w co uderzyć, wie ze córka to mój słaby punkt. ja jeśli jestem silna, albo taka udaje przynajmniej to jeśli chodzi o zagrywki dzieckiem paraliżuje mnie strach. Wczoraj natomiast przyszła do mnie teściowa i zapytała się czy wybaczyłabym mu. Ona by tak zrobiła dla dobra "tego dziecka". Kobieta ponoć dużo potrafi znieść, dlaczego wiec nie wymazać tego z pamięci?Nie tego się nie da wymazać, bo o ile mnie już zranić bezpośrednio nie możne, to może bardziej skrzywdzić dziecko grając nią i wykorzystując. gdzie był do tej pory, skoro tak "cholernie ja kocha" jak mówi? powiedział ze przecież troszczył się o nią bo dzwonił pół godziny dziennie i pytał się co u NAS i dziecka. Szkoda tylko ze ja nie wiedziałam ze jest w łóżkach innych. na dniach dostanie pozew,o ile już go nie dostał i myślę ze się zacznie walka... tylko o co???gdzie jest moje dziecko w tym wszystkim. Czuje taki ból że nie będzie miała pełnej rodziny jak zawsze chciałam, czuje się gorsza, a on jak picuś glancuś przyjeżdża na spotkania z dzieckiem zadowolony jakby nic się nie stało, entuzjasta w zabawie, ciągłe jej powtarza, ze ja ta kocha. A ja widzę te oczy i ten fałsz, którego przez 10 lat nie dostrzegałam, bo chyba nie chciałam widzieć...i zastanawiam się co będzie dalej, do czego za chwilę sie posunie, jaka taktykę obierze z dzieckiem żeby mi "dowalić" i Jeszcze bardziej zniszczyć.

    OdpowiedzUsuń
  28. Zawsze, kiedy czytam takie historie, to czuję się zupełnie bezsilna. Bo cóż tu można powiedzieć innego, niż już wiesz sama. Anglojęzyczne fora, blogi, strony, portale są pełne porad dla kobiet skazanych na niemal dożywotnie obcowanie z zaburzonym człowiekiem za pośrednictwem dziecka. Jeśli nie znasz angielskiego, to wrzuć w googla "child with narcissistic partner" a potem, co znajdziesz - w translator i choćby w ten sposób zapoznaj się z taktyką postępowania w takich przypadkach. Dziewczyny na całym świecie już nauczyły się, jak zminimalizować ryzyko dewastowania psychiki dziecka przez takiego ojca, który głównie wykorzystuje je jako narzędzie emocjonalnej presji na kobietę ale i podporządkowanie sobie kolejnej ufnej istoty. Mała kiedyś do pewnych wniosków być może dorośnie, ale będąc mądrą i przygotowaną na pewne sztampowe przecież zachowania takich jak Twój mąż, możesz tym mądrze pokierować.

    OdpowiedzUsuń
  29. Blog dla mnie!
    Bo choc minely lata (rety, to za chwile bedzie 15 lat!) od kiedy zbudowalam sobie calkiem nowe zycie, daleko od Gada i jego jadu to jednak mam wrazenie, ze czasem wracaja do mnie jakies chore ciagoty...
    Mianowicie: nawet po tylu latach mam ochote albo:
    1. Pogodzic sie z nim i uslyszec, ze i on zaluje tego, co bylo, albo
    2. Zemscic sie, a najlepiej wsadzic go za kratki...

    Wiem, ze te mozliwosci sa pozornie ze soba sprzeczne, ale wynikaja one u mnie chyba z zalozenia, ze mam do czynienia z Czlowiekiem. Poniewaz w kazdej relacji z przecietnym, zdrowym Czlowiekiem szukalabym albo zgody, albo konfrontacji.
    Zapominam jednak, ze nie mam do czynienia z Czlowiekiem tylko z Gadem. I to mnie gubi.
    Wiem, ze nie wygram z nim, wiem, ze w jego wnetrzu jest tylko wielka, stale rozprzestrzeniajaca sie czarna dziura... a mimo to przylapuje sie na milosierdziu i mysleniu o nim jako o istocie ludzkiej...

    Dlaczego, po kilkunastu latach nadal jest w mojej glowie? Dlaczego nadal w snach przychodzi do mnie z taka intensywnoscia? Dlaczego od czasu do czasu mam ochote go wygooglowac i byc na biezaco, tak na wszelki wypadek? I niestety - robie to? Pomimo, ze jestem w fantastycznym zwiazku, w ktorym rozkwitam? Dlaczego fantazjuje o tym, ze on kiedys zobaczy, jaka teraz jestem piekna, madra i cudowna i zzielenieje z zazdrosci?

    Bez obaw, jestem fizycznie daleko od niego, nie mam z nim kontaktu i miec nie bede. Wszystko od lat pokasowane, poblokowane. Zrobilam to wtedy intuicyjnie, bo wiedzialam, ze inaczej nie przezyje, ze Gad mnie zniszczy i pokona.
    Mimo to...
    Nie zdolalam nigdy tak do konca dobic moich uczuc do niego. Czasem wrecz mam ochote odezwac sie do niego, zeby jeszcze raz, ten jeden ostatni raz przekonac sie, ze on naprawde jest straszna swinia i ze to wszystko mi sie naprawde nie przysnilo...

    Mam wrazenie, ze dobija mnie niedokonczenie tamtej sprawy. Bo w akcie desperacji i potrzeby ratowania swojego zycia pewnego dnia odwrocilam sie na piecie i ucieklam, ucieklam byle daleko, byle szybko.
    Chcialabym teraz moc w koncu zapomniec, nie wracac do tego, nie analizowac, traktowac neutralnie. Ale od tych kilkunastu lat temat nadal mnie boli. Przezylam kilka innych nieudanych zwiazkow, ale rany po nich dawno sie zabliznily. Z Gadem jest inaczej, tak jakby prawa ludzkie go nie obowiazywaly.

    Co moge zrobic, zeby calkowicie zerwac to energetyczne polaczenie, ktore najwyrazniej nadal istnieje miedzy mna a nim? Czasem ogarnia mnie strach, ze gdybym przypadkiem znowu go spotkala to oddalabym mu ponownie cala wladze nad soba. Z masochistyczna przyjemnoscia.
    Czuje, ze wtedy wprawdzie fizycznie ucieklam od problemu, ale on gdzies tam nadal jest. Ze skoro sprawa nie zostala dokonczona, to nadal jestem ta sama naiwna, bezbronna i co tu kryc - glupia osoba z przeszlosci. Tak jakbym rozpaczliwie potrzebowala dokonczenia tamtego oraz happy endu. Tak jakbym chciala sie z nim skonfrontowac raz jeszcze i upewnic, ze teraz na bank bede madrzejsza.

    Co jest ze mna nie tak?
    Rozpaczliwie potrzebuje pomocy.
    Chce, zeby tamta historia przestala miec nade mna wladze. Chce przestac sie jego bac. Chce przestac o nim myslec. Chce sie pogodzic z niemoznoscia wygrania tamtej sprawy.
    Jak???





    OdpowiedzUsuń
  30. P.S. Zamiast patrzeć na gada wejdź tutaj kliknij na dowolną notkę lub sięgnij po książkę Mai, a z pewnością Ci się odechce tam wchodzić. :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Dzięki, Ron Con :). Ja od dłuższej chwili zastanawiałam się, co mogłabym Koko odpowiedzieć i łapię na tym, że nic ponad to, co już powiedziałam, na takie sytuacje nie wymyślę. Zawsze, kiedy czytam takie historie, w głowie włącza mi się winylowa płyta Janis Joplin z piosenką Piece of my Heart (Chodź i weź kolejny kawałek mojego serca i go złam. O ile tylko sprawi Ci to przyjemność… jakoś tak to leciało).

    Piętnaście (jezusmaria!) lat to strasznie długi postronek, Koko. Obawiam się, że nikt – zwłaszcza w wirtualu - nie jest Ci w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie, gdzie masz zaszytego tego czipa, skoro Ty sama przez tyle lat go nie zlokalizowałaś. Może tylko (aż) jeszcze nie odnalazłaś czegoś, co nadałoby Twojemu życiu sens/cel/odpowiednie wibracje i dlatego ciągnie Cię do antymaterii. To pewnie była ostatnia seria mocnych wrażeń, których nie zastąpiłaś niczym lepszym więc ich wspomnienie nadal kręci. Bo co dziewczyna będąca w związku robi na takim blogu w WALENTYNKOWY WIECZÓR? Chyba tylko odgrzebuje tamte, niezdrowe emocje. Zmień płytę, Koko. Janis źle i za wcześnie skończyła. Szkoda. Może, gdyby nie oddawała uzależnieniom serca kawałek po kawałku byłaby wspaniałą, dojrzałą kobietą.

    P.S. Zacznij może od małej litery w rzeczowniku "gad" :)

    OdpowiedzUsuń
  32. No właśnie i ja miałam napisać, ale - jak zwykle - pracuję.
    Maja pisze o czipie, a ja miałam napisać o klawiszu, który gdzieś masz i on się włącza w sposób na razie przez Ciebie niekontrolowany. Bardzo charakterystyczne jest to zdanie: "wynikaja one u mnie chyba z zalozenia, ze mam do czynienia z Czlowiekiem."
    Moim zdaniem, cokolwiek u Ciebie wynika, to nie ma nic wspólnego z tym, że masz do czynienia z tym czy owym, ale raczej z czymś co każe Ci "pokazać MU". Tylko po co? Co takiego w Tobie powoduje, że chcesz mu coś pokazać? Czy masz taką sama potrzebę w stosunku do np. chemiczki, która Cie gnębiła w podstawówce? Ja sobie dzisiaj poczytałam stare wpisy na blogu i radzę Ci wejść w dyskusję pod "Punkt pierwszej pomocy". Może Ci się nada w szukaniu owego czipa lub klawisza, który coś w Tobie uruchamia. No bo nawet jeśli masz takie założenie, że on jest Człowiekiem, to nadal nie wyjaśnia dlaczego akurat temu człowiekowi chcesz cos wykazywać.

    OdpowiedzUsuń
  33. Jeszcze cos napiszę, bo już wczoraj to mi przyszło do głowy. Ja miałam w swoim życiu dwa razy po 10 lat każdy – takie „jedwabne nici” które mnie przywiązały do faceta. Z każdym z tych facetów byłam krótko, rok może, ale z każdym byłam emocjonalnie, niewolniczo, związana potem jeszcze około 10 lat. Twój post kazał mi się zastanowić dlaczego tak było. I doszłam do wniosku, że obaj byli tacy sami – niedostępni - a przez to, jak już się „udostępnili” to Pana Boga za nogi trzymałam. Teraz dopiero, kiedy nikt już nie ma nade mną takiej władzy, widzę, ze ja też przez te lata stale marzyłam o tym, żeby „im pokazać”. Żeby „żałowali”. Żeby mi jeden z drugim powiedział… wyznał,… i tak dalej.
    To był w mojej duszy potężny klawisz „niedostępności” i konieczność dobijania się do zamkniętych drzwi. Piszę o tym, bo teraz dopiero to widzę wyraźnie, dzięki Twojemu postowi. Dzięki terapii nie mam już tej potrzeby. Nie chcesz mnie, to fuck you. I tyle. Nie zastanawiam się nad tym, czy ktoś jest, czy nie jest człowiekiem lub gadem. I to niekoniecznie chodzi o mężczyzn. Bo ja teraz czyszczę także toksyczne relacje kobietami. A potrafią dokopać i próbować na koniec przegryźć gardło nie gorzej niż facet. A mnie to już nie rusza. Całkiem to nowe dla mnie doświadczenie. Wisi mi, czy ktoś mnie rozumie, czy nie. Mi ma być w relacji dobrze, oczywiście tej drugiej stronie ma być dobrze ze mną. Ale właśnie w równowadze tajemnica. I w tym, ze ktoś sam ma wiedzieć gdzie są granice, a nie żebym ja musiała ich za siebie i jego pilnować. I jeszcze przepraszać, ze nie dość dobrze pilnuję. I uczyć, bo może ta biedulka/ biedulek sam nie wie. Jak to Maja cudnie nazywa – misie z mokrymi noskami.

    OdpowiedzUsuń
  34. Widzisz, Koko? Personalnie dla Ciebie stara (bez urazy) gwardia, po raz kolejny już na tym blogu, walnęła w sedno tematu. Otóż tamten człowiek sam z siebie w ogóle nie był tematem wypracowania. Miał jednak życiową rolę do odegrania - wskazania Ci luk do naprawienia, żebyś dalej mogła żyć bez ciągłego zgadywania i potykania o brak samoświadomości. Jak widzisz każda odkrywa jakąś własną lukę w oprogramowaniu. Stella lep na niedostępność, ja coś innego, bo akurat niedostępność mnie nie jara, ale asertywność kulała (no dobra - jeździła na wózku inwalidzkim), pozostałe dziewczyny „stąd”- inne usterki. Każda coś własnego, co blokowało, a po korektach – umożliwia satysfakcjonujący i kompletny lajf. Nie godzi się, Koko, marnować taką okazję i taki bonus na rozważania: ludź to czy nieludź był? Przecież to już nie Twój problem (nigdy nie był Twój).

    Więc teraz prześlij panu kanałem energetycznym "Dziękuję za kawał dobrej roboty", ładnie dygnij, sieknij sekatorem po łączach i dalej rób swoje.

    OdpowiedzUsuń
  35. Ogromnie dziekuje za wszystkie komentarze!
    Poczulam sie mniej osamotniona w tej mojej biedzie.
    Czuje, ze chcialabym powymieniac sie z Wami myslami, ale mam wrazenie, ze nie jest to odpowiednie miejsce. Przydaloby sie jakies tematyczne forum dyskusyjne!

    Ten chip – to jest swietne porownanie, bardzo trafne. Ja wiem, ze go mam, ale nie wiem, jak go usunac.
    Moj eks zaserwowal mi taki koktajl emocji, ze moje cialo chyba nie jest w stanie ich tak do konca wymazac z pamieci, zaszytej gdzies w kazdej pojedynczej komorce. Najpierw uzalezniajace byly endorfiny, a potem to chyba juz tylko hormony stresu.

    Niestety pomimo calego dranstwa, jakim gad sie charakteryzowal, musze przyznac, ze byla to jedna z najbardziej fascynujacych postaci, jakie w tym zyciu spotkalam. Byl manipulantem, nieudacznikiem, alkoholikiem, kretaczem i zdradzaczem, ale co tu duzo mowic – byl tez geniuszem. Nie moge mu odmowic tej cechy, niestety. I to jest ten chip chyba.
    Nie, na pewno nie chce sie bawic w jakies powroty lub w szukanie sobie nowego popapranca.
    Ale dziala mi na nerwy to, ze mam w glowie ta szkatulke z ktorej wyciagam od nastu lat wspomnienia. Niektore piekne jak klejnoty, inne fascynujace chyba jedynie brzydota.
    Stella pisze o niedostepnosci jako przynecie, ja moge to samo powiedziec o inteligencji – kreci mnie to. Inteligencja i jeszcze idea pokrewienstwa dusz. Niestety wysokie IQ czasem nie idzie w parze z inteligencja emocjonalna.

    Wiecie co, doskonale tu trafilam – mam dwie glowy.
    Na co dzien jestem bardzo rzeczowa kobietka, mysle, ze ludzie tak mnie postrzegaja. Tutaj, czytajac to, co pisze, wydaje sie sobie bardzo krucha, rozchwiana, slaba, bezwolna dziewczynka...
    No i ta potezna nic energetyczna, ktora nadal plynie w jego strone. Wtedy – zaklecia i przysiegi, ze na zawsze, ze bez wzgledu na wszystko, ze tylko my. (Choc w nastepnym momencie parskam smiechem, bo gad „lojalnie“ zmajstrowal innej pannie dziecko w trakcie trwania naszego zwiazku. Reczywiscie, niesamowicie byl wtedy z ma dusza polaczony ;) haaa, ha, ha, kon by sie usmial!!!). Ale wtedy chyba sie to urodzilo, ze jestem mu winna jakas wiernosc po grob, niezaleznie czy z nim bede czy nie bede. Ech, co za bzdury.
    Jak widzicie, mam jeszcze duzo do przepracowania. Moja rana nigdy sie nie wyleczyla, ja po prostu udawalam, ze nie ma tematu. Przeciez w mojej historii sprzecznosc goni sprzecznosc.

    Biore sie wiec za czytanie i za porzadek w glowach. Moze moje dwie glowy w koncu zintegruja sie w jedna, spojnie myslaca calosc.

    Usciski dla autorki bloga i wszystkich uczestnikow!



    OdpowiedzUsuń
  36. Geniusz? Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, czy może wynalazł żarówkę?
    Ludzie mają różne definicje geniuszu ale jak dla mnie, Koko, żadna bystrość umysłu nie usprawiedliwia braku kręgosłupa moralnego. Zdarza nam się słyszeć, że Hitler był geniuszem. A ostatnio, że Putin. I wtedy kabura mnie świerzbi.

    Sama mam słabość do ludzi obdarzonych intelektem, ale jeśli okazuje się, że nie idzie to w parze z określonymi walorami moralnymi - nie mają szansy stać się moim towarzystwem (nawet gdyby ich podobizna znalazła się się na okładce Forbes'a albo The Lancet). W końcu spośród 7 miliardów ludzi zamieszkujących nasz glob można sobie skompletować otoczenie złożone z ludzi ZARÓWNO inteligentnych jak i przyzwoitych. I im nadawać rangę.

    OdpowiedzUsuń
  37. No i, kurczę, umknęło mi najważniejsze zdanie, które chciałam w powyższym komentarzu napisać (chyba tym Putinem tak się zdenerwowałam). Otóż prawdziwym geniuszem jest ktoś, w kim łączy się intelekt z dobrem. Jeśli tylko ulega się pokusie, żeby wykorzystać swoją ponadprzeciętną bystrość umysłu w celu wykorzystywania/krzywdzenia innych, to oznacza to automatyczny powrót do naczelnych.

    OdpowiedzUsuń
  38. Maju, kabura Cię świerzbi????? Uwielbiam Cię!

    OdpowiedzUsuń
  39. A bo wiesz, Wołodia to jeden z moich "ulubieńców", tyle że tego globalnego rażenia. Robi sobie taki z połową świata, po trupach to, co każdy domowy agresor swojej partnerce. Najpierw „chleba i igrzysk” (jak w Soczi) a potem „ogniem i mieczem’ (jak w Ługańsku), kpi sobie z każdej umowy, zahipnotyzował miliony ludzi izolując ich od logiki mentalnością oblężonej twierdzy, udaje że nie ma go tam gdzie jest, pierze mózg. I co? I śmigło. Osobiście całej Rosji i krajom sąsiadującym przyznałabym Niebieską Kartę. A wszyscy światowi politycy zachowują się analogicznie - jak książkowa partnerka przemocowca, która ciągle się na coś umawia, stawia coraz nowe warunki, wprowadza embargo na łóżko, krzyczy, płacze ale tak naprawdę ciągle pozwala na przesuwanie kolejnych granic, aż znajduje się w sytuacji bez wyjścia i udaje, że sytuacja nadal rokuje.

    No i jak ma kabura nie świerzbić jak się już wie, co się widzi?

    OdpowiedzUsuń
  40. Dokładnie tak samo się zachowują. A Pan P. nawet nie obiecuje, że kiedyś się zmieni....

    Ale widzę, że mój poprzedni post wcięło, to napiszę jeszcze raz tylko już nie tak ładnie.
    Pisałam, że to nie ma znaczenia czy ów był yntelegentny, bo prawdziwie inteligentnych ludzi jest wszędzie sporo a jednak Koko nie wzdycha do każdego. Jak dla mnie to tylko racjonalizacja fobii.
    Więc może to jest tak, że "inteligentny" nadał Koko znaczenie? Była ważna przez to, że taki "inteligentny" Jej tę ważność nadal.

    OdpowiedzUsuń
  41. Maju, powoli ucze sie odrozniac geniuszy od "geniuszy".
    Piszesz: "Otóż prawdziwym geniuszem jest ktoś, w kim łączy się intelekt z dobrem." Maju kochana, toc ja wlasnie gleboko wierzylam, ze kogos takiego spotkalam! Wydaje mi sie, ze nawet najbardziej ostrozny, przenikliwy i krytyczny umysl kapituluje widzac kogos pochylajacego sie nad ranami jakiegos zebraka. Lata zajelo mi zrozumienie faktu, ze to wszystko bylo dla PUBLICZNOSCI, nie dla tego biedaka :-(. Po prostu jakas czesc mojego umyslu nadal nie rozumie, ze ta i podobne sceny nie byly podyktowane milosierdziem, a szukaniem poklasku. Mozg mi sie zawiesza, error. Nie jarze.
    Stello, masz racje – on nadal mi waznosc. Ja sie czulam zaszczycona tym, ze TAKI czlowiek w ogole na mnie zwrocil uwage. Rety, tyle fajnych lasek sie wokol niego krecilo, a on wybral akurat mnie. Splynelo na mnie blogoslawienstwo mozliwosci przebywania w jego boskiej obecnosci!
    Ale odchodzac juz od tamtej historii i wracajac do terazniejszosci. Odkrywam, jakbym nadal miala jakies rozdwojenie jazni w tym temacie. Mysle, ze to dlatego, iz probuje tego czlowieka zrozumiec i usprawiedliwic. Do tej pory wierzylam, ze wszyscy ludzie sa w gruncie rzeczy dobrzy i niewinni, jesli staja sie zli – to dlatego, ze musialo sie im przydarzyc cos strasznego. Nie potrafie zrozumiec, ze ktos chce byc potworem i jeszcze mu z tym dobrze. Moze i zaczynam to intelektualnie pojmowac, ale serce i tak mam przepelnione litoscia.

    Zamowilam w koncu Ksiazke i mam mile przeczucie, ze ukryte sa w niej puzzelki, dzieki ktorym zacznie sie z tej mojej chaotycznej ukladanki wylaniac konkretny obraz. Przebywanie w towarzystwie tego toksycznego czlowieka sprawilo, ze nabawilam sie jakiejs traumy z ktorej do dzis nie moge sie otrzasnac. I nie otrzasne sie, dopoki nie uzyskam jasnosci w pewnych kwestiach. Musze byc pewna, ze moja ocena rzeczywistosci byla i jest wlasciwa i ze czarne jest czarne a biale jest biale.

    OdpowiedzUsuń
  42. Dziękuję ci Maju za tę książkę. :) Mnie mój "psychol" doprowadził do skrajnego wyczerpania psychicznego, fizycznego, emocjonalnego i finansowego, po czym bez najmniejszych oznak wyrzutów sumienia odszedł do nowej ofiary. Jestem teraz na etapie próby odzyskania siebie i to dzięki Twojej książce, którą poleciła mi terapeutka zaczęłam dopiero po czasie uświadamiać sobie ile rzeczy było nie tak.

    Wymieniłaś w książce m.in. 30 "psychofażych cech". Mój spełniał 23 z tych cech w 100%, przy kolejnych dwóch mogę postawić "nie wiem, ale całkiem możliwe", kolejne 4 punkciki to "trochę tak" i jedynie 2 to "nie".

    Znam wszystkie psychozabawy, które opisałaś. Co więcej, mi również wciśnięto identyczne "CV" co Tobie.

    Wszystkie reakcje mojego "psychola", schematy zachowań, były niczym wzięte z szablonu z Twojej książki, a ja go miałam za kogoś tak wyjątkowego...

    Teraz chcę zrozumieć to wszystko, naprawić się i nigdy więcej nie dopuścić takiej osoby do swojego życia.

    Pochwalę się też jedną rzeczą. Ostatnio poznałam faceta, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, takie samo jak mój psychol. Również poczułam, że już pierwszego dnia mogę mu zaufać i opowiedzieć wszystko. Przy drugim spotkaniu usłyszałam o jego ciężkim dzieciństwie, ale i karierze, którą robi mimo to. Już wtedy zaczął mi mówić, że jestem najwspanialszą osobą, jaką spotkał, kimś na kogo czekał całe życie, że nikt go nie rozumie, ale wie, że ja go zrozumiem. Wcisnął mi swoją działalność charytatywną i marzenia o ciepłym domku i dzieciach oraz swoje pokrzywdzenie przez los - psychicznie chorą i mściwą byłą partnerkę, której dawał wszystko, a ona tego nie doceniła i robi wszystko aby go zdegradować, złego szefa i problemy w pracy. Przez cały czas był absolutnie pewny siebie, spokojny i dobrotliwy. Kolejny skrzywdzony człowiek, którym ma się ochotę zaopiekować. Ale zapaliła mi się też lampka alarmowa. "Hej, stop, jeszcze się nie doleczyłaś po poprzednim psycholu, a tu nagle zakochałaś się od pierwszego wejrzenia w obcym facecie, który sprzedaje ci bardzo podobne bajki i nawet z zachowania jest podobny? Niczego się nie nauczyłaś?". Ten drugi facet pozwolił sobie już na drugim spotkaniu na drobną krytykę - "wiesz, właściwie to nigdy nie umówiłbym się z kobietą starszą ode mnie, bo nie muszę, ale ty jesteś najbardziej wyjątkową osobą jaką spotkałem w życiu" (byłam o całe 2 lata starsza!). Długo myślałam o tym wszystkim, te "motylki" po latach spsychofażenia były by taakie kojące. Ale doszłam do wniosku, że za wiele tu lampek alarmowych. Wkrótce potem powiedziałam panu numer 2, że jest ciekawą osobą, ale dla mnie jest zbyt młody i zbyt dziecinny, więc kończę znajomość. Spotkało się to z - ale jak to? - i cały teatrzyk nachodzenia. Ale zmieniłam skrzynkę pocztową, kolejny raz zmieniam numer telefonu, żadnych więcej moich danych nie posiadał.

    Moja koleżanka mi mówi, że może odrzuciłam w ten sposób prawdziwą miłość mojego życia. Może. Sądzę jednak, że większe jest prawdopodobieństwo, że dzięki "pasożytniczemu związkowi" z jednym psycholem udało mi się nie wdepnąć w kolejny.

    Tylko dlaczego to tacy faceci mnie pociągają? To aż dziwne zakochać się w (prawdopodobnie) dwóch psycholach pod rząd. W tej chwili jeszcze to dla mnie pytanie - tajemnica.

    OdpowiedzUsuń
  43. I do tego z czasem dojdziesz. A póki co BRAWO! Cudna historia. Rewelacyjna reakcja, wczesne wykrywanie. Czyż nie o to chodziło?

    OdpowiedzUsuń
  44. Ja rowniez wpadam, zeby podzielic sie wrazeniami po przeczytaniu ksiazki.
    Jestem bardzo wdzieczna Maju, ze spisalas swoja historie dla nas, dla Polek, ktore sa wychowywane w pewnej konwencji, gdzie istnieje specyficzne wyobrazenie o tym, co jest meskie ("faceci tak maja") i kobiece ("milosc wszystko zniesie").
    Prawda jest, ze po zwiazku z psychofagiem wie sie, ze to, co mialo miejsce, nie bylo zwyklym wybrykiem niegrzecznego chlopca, ktory troche nabroil z niewiedzy. Moze to zabrzmi dziwnie, ale ja po niektorych wyskokach psychofaga niemal czulam unoszacy sie w powietrzu smrod rozkladu, trupi jad. I cos, czego dlugo nie chcialam, nie umialam ubrac w slowa, bo nie mialam dowodow na to a poza tym przerazala mnie ta mysl. Ale czulam, ze tej osobie sprawiloby rozkosz moje… samobojstwo. Wiem, to brzmi jak jakas histeryczna nadinterpretacja. Ale we wspomnieniach widze siebie po osunieciu sie ze skaly, gdy trzymam sie jeszcze jedna reka jej krawedzi a nademna stoi psychol, ktory probuje po kolei odrywac moje palce. Po czym wmawia mi, ze on chcial mnie z powrotem wciagnac na gore. Kto przezyl, ten wie...
    Ale wracajac do ksiazki. Porownanie psychofazych cech wymianianych w ksiazce to byla dla mnie swietna zabawa, byl efekt "aha!". Niektore przyklady byly jota w jote identyczne, niektore znowu z gola inne. Na przyklad "przyjaznie" . Moj psychofag to byl typ sekciarza, zrzeszajacego wokol siebie "wiernych". Byli to ludzie bezwzglednie lojalni wobec niego, co bralam swego czasu za dobra monete – bo jednak grono przyjaciol mial, a to wzbudza zaufanie. Potem dopiero zaczelam zauwazac, ze ci jego "przyjaciele" to ludzie o bardzo slabych charakterach, czesto z dysfunkcyjnych rodzin, szukajacy akceptacji. Psychofag-sekciarz jest otoczony wiernymi owieczkami, ktore becza tak jak pasterz im kaze. Dlatego kiedy luski opadly mi z oczu mialam wrazenie, ze przy tej liczbie falszywych swiadkow, jakich on mial do dyspozycji, zadna policja i zaden sad nie uwierzy w moja wersje zdarzen. Mialam tylko jedna mozliwosc – nogi za pas i uciekac jak najdalej.
    Maju, dziekuje Ci za wszystko, co zawarlas w swojej ksiazce, czuje prawde i milosc w kazdym Twoim slowie.
    Dlatego chcialam Cie zapytac o jeszcze jedna rzecz, ktora mnie frapuje przez te wszystkie lata. Dopiero po lekturze ksiazki czuje sie dostatecznie odwazna, zeby o tym fenomenie tu wspomniec bez obawy bycia uznania za wariatke. Str. 167: "cos na ksztalt lacznosci z psychofagiem".
    I to jest cos, co mnie przez te wszystkie lata meczy, bo nie mam o tym z kim porozmawiac... Bywaja miesiace a nawet lata, kiedy tej lacznosci brak. Ale czasem czuje go tak wyraznie, ze to az boli. Czuje jego energie, jego wolanie. To porownanie z horkruksem bylo genialne! Jako osobie z ukonczonym scislym kierunkiem studiow ciezko jest mi sie z tym zmierzyc, bo jest to takie nieprawdopodobne ale jednoczesnie tak bardzo realne! Co to w ogole ma byc? Jestem przerazona ale jednoczesnie niepewna, czy to on na mnie oddzialywuje, czy to ja mu na to pozwalam czy moze mi sie to wszystko sni??? Czy moglabys mnie naprowadzic na jakis trop, ksiazki, jakies haslo, ktore pozwoliloby mi uciszyc Voldemorta?

    OdpowiedzUsuń
  45. Ciekawa jestem co napisze Maja, ale ja podzielę się z Tobą swoimi przemyśleniami. Gwoli informacji – jestem po 2,5 letniej terapii, która zresztą nadal trwa i jestem już lata świetlne od punktu zero, z którego startowałam. Zaczynam być wolna. Nie od faceta, ale od dotychczasowych przekonań, które mną sterowały.
    Moim zdaniem Ty nie czujesz żadnego wołania lub energii jakiegoś faceta, bo to jest zwyczajnie niemożliwe. Nie nadawaj mu magicznego znaczenia. Nie nadawaj magicznego znaczenia waszej relacji. Ale uważam, że czujesz własną tęsknotę za „słodkim” cierpieniem. Nie spłycam tego uczucia, wiem co ono oznacza. Pamiętam słabość w nogach i ból brzucha, kiedy tylko o Nim myślałam. A teraz wiem, że to nie była żadna tęsknota za Nim, ani żadne magiczne sznury. Nawet nie uzależnienie od niego. Jeśli już uzależnienie – to właśnie od haju emocji. Z jakiegoś powodu wszystkie tu trwałyśmy w związkach, które nie powinny były trwać. Ten powód tkwi/tkwił w każdej z nas. Faceci tylko go wykorzystywali do kręcenia nami. Znajdź ten powód w sobie.

    OdpowiedzUsuń
  46. I cóż tu można więcej dodać? Chyba tylko tyle, że jakkolwiek sobie to nazwiemy, to naszym niezbywalnym prawem jest "łączenie się" z tym, z kim CHCEMY i tylko od nas zależy odcięcie się od tych, których NIE CHCEMY. Odpowiedź na tę wątpliwość zdaje się być jedyną skuteczną techniką.

    OdpowiedzUsuń
  47. Maju, po raz kolejny dziekuje za to, co odnalazlam takze w Twojej ksiazce – za stanowcze zabranie glosu. Masz racje, lacze sie z tym, co stanowczo powinnam juz dawno odrąbać raz na zawsze.
    Szkoda, ogromna szkoda, ze nie trafilam od poczatku na odpowiedni typ literatury. Bo dopiero teraz czuje to, co powinnam byla poczuc wtedy – ZLOSC!
    Ja natomiast zaczytywalam sie w ksiazkach o komunikacji bez przemocy Rosenberga, bylo o radykalnym wybaczaniu Tippinga, byla The Work Byron Katie. Ja nie mowie, ze prezentowane przez tych autorow metody sa zle, one sa dobre, ale chyba czegos nie uwzgledniaja. Mianowicie zjawiska psychopatow i w ogole ich istnienia. Ludzie, przeciez to, co nadaje sie dla ludzi nigdy nie zadziala w stosunku do krokodyla, zmiji czy piranii! Wyciagnij do takich reke to zostaniesz bez reki! Litosci, czemu nikt o tym nie pisze?
    To co ja zrobilam na poczatku, to bylo wziecie sobie na grzbiet pelnej odpowiedzialnosci, za to, co sie stalo. Wg. niektorych ksiazek bowiem tak naprawde podswiadomie chcialam (!!!) tego, co sie zdarzylo, a wiec niejako jestem wspolwinna. Jeszcze inne ksiazki nauczaja, ze wszystkie negatywne uczucia wobec innych to tak naprawde projekcja moich cech na innych. Czyli co, ze to ja tak naprawde zeruje na innych i to co jasno widze, to niby projekcja??? Co za bullshit.
    Coraz czesciej propaguje sie idee falszywej tolerancji, a jesli ktos osmieli sie wskazac palcem i zauwazyc, ze cesarz jest nagi, to jest napietnowany.
    A wiec - koniec ze wspolczuciem, zrozumieniem i usprawiedliwianiem zla oraz przejmowaniem odpowiedzialnosci za cudze gowno. Bo przeciez dziecintwo trudne, bo przeciez on potrzebuje przykladu, zeby zrozumiec, bo przeciez nadstaw drugi policzek, bo przeciez tylko ja moge zbawic swiat i tylko ode mnie wszystko zalezy, bo kazdy ma prawo do bledow, bo kazdemu moze sie noga powinac, nie sadzcie, abyscie nie byli sadzeni. (Swoja droga zawsze ciekawilo mnie, czy Jezus rzeczywiscie taka postawe mial na mysli gloszac swoje nauki… )
    Podsumowujac: zauwazylam w koncu, jaka ze mnie miekka faja.
    Nastepnym krokiem bedzie przerobienie ksiazek o psychopatach. Fishead juz widzialam, pora sie bardziej zaglebic w materie.

    OdpowiedzUsuń
  48. Mój 15- letni syn wczoraj powiedział mi, że odkąd odeszłam od taty (psychofaga), to zachowuję się jak samica alfa- wzięłam życie za bary, a przynajmniej się staram. Pozdrawiam wszystkie babki. Samica alfa

    OdpowiedzUsuń
  49. Nie znam Cię Maju, nie wiem jak wyglądasz ani kim jesteś. A jednak mnie uratowałaś. Przed kolejnym powrotem kiedy on znowu staje się uroczy, czuły i patrzy na mnie z tym błyskiem w oczach. Kiedy już zapominałam o tych wszystkich kłamstwach, kobietach, poniżaniu, upokarzaniu, nie dbaniu o moje uczucia, potrzeby, cokolwiek, o bieganiu i wysilaniu by na siłę go zadowolić, o ciągłe krytyce bo "chce bym była idealna", o ciągłym musisz, powinnaś, nie możesz, ja chcę, ja oczekuję, ja wymagam, ja lubię, o ciągłym chaosie, niepewności i poczuciu, że nie mam prawa być zmęczona, chora, nie mam prawa opiekować się chorym ojcem, nie mam prawa spędzać czas z koleżankami "bo nie mogę lecieć kiedy koleżanka coś wymyśli, skoro jesteśmy razem", o ciągłym przypominaniu mi, że jak tylko spełnię jego wymagania to będzie piękny, ślub, dzieci i wszystko mi zapewni z jednoczesnym rozczarowaniem dlaczego zarabiam tak mało i muszę mieć tyle a tyle bo on ma koszty, o tym, że nigdy nic od niego nie dostałam, bo przecież on nie będzie się wiązał z materialistką i chociażbym suchy chleb jeść miała to nie powinno mieć dla mnie znaczenia bo będę jadła go z nim, przy jednoczesnym wymaganiu, że dom i dzieci będą na mojej głowie bo jestem kobietą, a generalnie jak jest jakiś spór pomiędzy mężczyzną i kobietą to ustąpić powinna kobieta, bo.. jest kobietą. Kiedy stałam się głucha na alarmujące głosy przyjaciółek "boję się o Ciebie", "co on z Tobą robi", "nie wracaj", "jest egoistyczny i roszczeniowy, jakie ma fochy", "nie poznaję Cię". Kiedy zaczęłam wierzyć w te wszystkie "daj mi czas na zmianę", "to etap przejściowy", "prawdziwy związek zaczyna się dla mnie dopiero wtedy jak zamieszkam z kobietą" (wcześniej było "prawdziwy związek zaczyna się dla mnie dopiero wtedy jak pójdę z kobietą do łóżka"- nie zaczął się). Przeczytałam to wszystko. I teraz już wiem, że to, ze czułam się zmęczona, wyczerpana, ciągły natłok myśli, skołowana, że moje "własne" życie i sprawy przestawały istnieć, że czułam, że coś jest nie tak, że to nie jest normalne... Że to prawda. I że powinnam go wykasować, nie odbierać telefonów, nie odpisywać na smsy, nie widywać się nim, na nic się nie zgadzać, uciec jak najdalej i nigdy nie wracać...
    Dziękuję i życzcie mi powodzenia.

    Mała Mi

    OdpowiedzUsuń
  50. Maju, cisną mi się miliony słów po odkryciu Twojej książki.... Zarwałam dziś noc (i tak byłaby słabo przespana, przecież koniec związku z psychofagiem to dopiero początek ciężkiej drogi), ale jestem przeszczęśliwa - już wiem, że detoksykacja z Twoją książką będzie przygodą pełną łez oczyszczenia, samoswiadomości, śmiechu, okrzyków " o kurcze" (w mocniejszej wersji, oczywiście), książek, zapisków, emocji... Przeczytałam już wiele pozycji o związkach z narcyzem, ale Twoja książka przebija wszystkie - jest niezwykle praktyczna, życiowa, merytoryczna, w dodatku napisana takim językiem, z jakim się jeszcze w literaturze nie spotkałam (aż zazdroszczę - tak pozytywnie - że ie umiem tak cudownie dowcipnie i mądrze pisać). Wiem, że książka stanie się moją "biblią" w najbliższych miesiącach, będzie ze mną zawsze. Czuję , ze jej potrzebuję i widzę już, jak niesamowicie terapeutycznie na mnie działa.
    DZIĘKUJĘ CI ZA NIĄ!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, nie ma co mącić. Zawsze miło się czyta takie rzeczy :)
      PIĘKNY nick. Już widać, że będzie dobrze!

      Usuń
  51. Maju dziekuje za ta ksiazke. Jakby w 90% ktos opisal moje zycie. Byly psychofag nie zdazyl jeszczezaczac notorycznie zdradzac ale szykowal sobie grunt mowiac wszem i wobec jak bardzo mnie kocha. Ja teraz odzyskuje siebie, i naprawiam te wszelkie zniszczenia jakie wniosl do zycia mojej rodziny. Odchodzilam, wracalam pelna watpliwosci co nalezy robic a co nie i co jest prawda a co klamstwem. Dzieki Tobie wiem. Dziekuje. Marta

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz. Musisz chwilę poczekać na moderację i opublikowanie swojego wpisu.