Nie wiesz, kiedy i jak to się stało.
Stopniowo, niezauważalnie, latami zabrnęłaś w relację z kimś, kogo nie znasz…
To już nie jest Twój idealny, charyzmatyczny partner. Maska opadła. Nagle dostrzegasz twarz emocjonalnego przemocowca. Twarz psychofaga.
I wtedy próbujesz się z tego wyrwać. Musisz się wyrwać, bo niebawem zostanie z Ciebie rozmontowany psychicznie wrak człowieka.
Zaczyna się nierówna walka zdrowego rozsądku z chorymi emocjami.
Czujesz, jakbyś miała dwie głowy, mówiące różnymi językami i przekrzykujące się nawzajem, a Ty nie wiesz, której z nich masz usłuchać.



Czas perfekcyjnie przeszły


[W wielu językach się zachował, w polskim wymarł. Past Perfect w angielskim, Plusquamperfekt – w niemieckim, plus-que-parfait – we francuskim. Nasz stary, dobry, archaiczny czas zaprzeszły. W dzisiejszej polskiej gramatyce istnieją trzy czasy: przeszły, teraźniejszy i przyszły. Czwarty czas – ów zaprzeszły był kiedyś normą a dziś, jak powiada profesor Miodek, stosowany tylko dla stylizacji. Nadawał głębi wypowiedzi dotyczącej przeszłości. Mówił o czynnościach, zdarzeniach, które miały miejsce jeszcze wcześniej, niż to zdarzenie z przeszłości, o którym opowiadamy. Wiem, to trochę skomplikowane (i dlatego wymarło), ale czyż nie jest piękną fraza: Ewa wielokrotnie wybaczała była, zanim dwa lata temu poszła po rozum do głowy.]

Ile razy w swoim związku miałyście TE MOMENTY, które was alarmowały, które sygnalizowały, że coś jest nie halo, a mimo to zdołałyście samą siebie przekonać, że jesteście w stanie wybaczyć i żyć z tym dalej? W zdrowych związkach też są takie sytuacje, że coś się sypie, potem się wzajemnie wybacza, partnerzy dają sobie drugą szansę, coś ustalają i wszystko się dobrze kończy. Ale w chorym, toksycznym związku nic się dobrze nie kończy, bo cykl takich momentów, dawanych szans, łamanych ustaleń powtarza się w kółko. To o tych sytuacjach kobiety, które już wyszły z tej matni, po latach mówią: „Wtedy powinnam była…”. [Czas zaprzeszły]

 *****************************************************************************

(MARIOLA)


Kochaj bliźniego swego JAK siebie samego a nie ZAMIAST

Mariola napisała do mnie po przeczytaniu „Głów”. Nie mogłam jej słów nie podać dalej, bo mówi o czymś, czego zabrakło w mojej książce, choć w polskich realiach jest szalenie istotne. Religia i przywiązanie do źle pojmowanych, źle wpajanych i źle praktykowanych przesłań zeń płynących. Nie jestem katoliczką więc nie mogłam opowiedzieć o tym, co było Marioli i kobiet wyznających te same zasady „krzyżem” (i „kotwicą” zarazem). Jednak przynajmniej w ten sposób - cytując jej list tutaj - mogę uzupełnić listę składowych, trzymających wiele z Was w świecie toksycznej szarpaniny. 

[…] Jestem katoliczką - z tradycji i z przekonania. Kocham Boga, wierzę w Niego i ufam Mu najbardziej jak umiem. Biblia stanowi dla mnie "instrukcję życia". Od zawsze.

Z tego powodu od dziecka byłam bardzo "kościelna", udzielałam się w parafii, pracowałam nad sobą, a ludziom starałam się nieść pomoc i miłość. Miałam wszystkie (wymienione w książce przez Ciebie) cechy, by paść ofiarą psychofaga. A kiedy już padłam, uznałam, że skoro tak się stało, to wyjścia nie ma, tylko trzeba w tym tkwić. W katolickiej wierze małżeństwo jest bowiem nierozerwalnym sakramentem. "Co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela". Skoro wyszłam za kogoś, kto mnie krzywdzi, muszę się z tym pogodzić i z cierpliwością znosić ten KRZYŻ. Zresztą... "Kogo Bóg miłuje - tego krzyżuje"  mówią w Polsce ludzie. Mogłam się czuć w pewnym sensie "wyróżniona". Bóg mnie kocha, czegóż chcieć więcej? Trzeba zasłużyć na Jego miłość. Tak, jak wcześniej na miłość ojca, później męża. Ech... 

Ta wiara w "Boga - sadystę" pomagała mi znaleźć sens tej sytuacji, budowała wewnętrzny "pomnik męczeństwa" i dawała siłę do trwania w związku, który mnie permanentnie wyniszczał. Nikomu się nie skarżyłam. Z wielu powodów. Nie tylko ze wstydu i nie tylko z troski o najbliższych, by nie martwić ich swoim nieszczęściem. Ale także z poczucia, że inne kobiety mają przecież gorzej. To prawda, że mój mąż robi mi to czy tamto, ale przynajmniej nie robi czegoś jeszcze innego, co robią innym kobietom inni mężowie.  Trzeba zatem zacisnąć zęby i się nad sobą nie użalać. Trzeba być dzielną i silną. KIEDYŚ skończy się ten poligon. KIEDYŚ odpocznę. 

Dobrze wiedziałam, że tak życie wyglądać nie powinno. Ale przecież jeśli się będę wystarczająco dużo modlić i jeśli wystarczająco dużo krzywd zniosę, to przecież KIEDYŚ wreszcie stanie się ten CUD i mój mąż zobaczy jaką jest świnią i się zmieni! Bo przecież ta moja MIŁOŚĆ musi przynieść owoce! Bo przecież ja tak się staraaam!!! Bo przecież mu tyle wybaczaaam!!! 

Był taki moment, że będąc u kresu sił, postanowiłam poszukać pomocy. Ale nie poszłam do zwykłego psychologa - o nie! Dobrze wiedziałam, że KAŻDY psycholog każe mi spakować manatki i wiać. Ale przecież ja się nie mogę spakować!- jestem katolicką żoną! Ja muszę znaleźć ROZWIĄZANIE, by to się mogło zmienić na lepsze! Bo nasze sakramentalne małżeństwo MUSI trwać! Poszłam do poradni życia rodzinnego działającej przy parafii rzymskokatolickiej. Usłyszałam, że mam opuścić tego człowieka, że mam się ratować. Byłam w szoku. Nawet tam mi tak poradzili?

Ponieważ byłam już u kresu wytrzymałości, posłuchałam. Wyprowadziłam się. Przeżyłam pół roku z malutkimi dziećmi u babci. Mąż nas czasami odwiedzał, na dzieci nie łożył. Zbierałam się do kupy. Kiedy się pozbierałam, naobiecywał mi takich rajskich ogrodów, że kolejny raz mu zaufałam. Chciałam wierzyć, że zrozumiał, że naprawdę się zmienił. Że nasze sakramentalne małżeństwo naprawdę może trwać. Postanowiłam dać mu kolejną szansę. Wykorzystał ją wiele razy przez następnych 8 lat.

Wielokrotnie chciałam odejść od swojego krzywdziciela. Ale zawsze bałam się, że Bóg się na mnie za to obrazi, albo, że przynajmniej Go zawiodę. Kiedy przyszedł czas (po wielu latach), że zaczęłam wreszcie moje małżeńskie problemy oddawać w spowiedzi, ku swojemu zdziwieniu odkryłam, że kapłani wcale nie każą mi dłużej dźwigać tego "krzyża". Wręcz przeciwnie: od CZTERECH różnych księży (od młodzika po starzyka!) usłyszałam w konfesjonale takie zdania: 

- Bóg nie chce zniszczonej psychiki. Nie musisz żyć z tym człowiekiem pod jednym dachem.

- żaden sakrament nie daje prawa człowiekowi do deptania drugiego człowieka!

- a nie myślała Pani o tym żeby przerwać to małżeństwo?

- dziecko kochane, ani jednego dnia dłużej! Ten człowiek wyssie z Ciebie całą energię, a potrzebujesz jej, by żyć dla swoich dzieci, dla innych ludzi, którzy Cię potrzebują, a przede wszystkim dla SIEBIE! Jesteś piękną, wartościową kobietą! Masz życie przed sobą!

Ostatni spowiednik spytał, czy mam gdzie mieszkać i biegał ze mną po mieście do domów  swoich parafian w poszukiwaniu mieszkania dla mnie i dla moich dzieci.

Tak się przekonałam, że Bóg wcale nie chce mojego ukrzyżowania i że jeśli naprawdę chcę zmiany w swoim życiu, to nie o męża zmianę mam się modlić, ale o swoją. Cud się stał.

To, co nastąpiło potem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Otoczył mnie sztab dobrych ludzi, którzy mi pomagali i mnie wspierali, a trudne sytuacje „same” się rozwiązywały. Wiem na pewno, że Bóg ani przez chwilę się na mnie za tę decyzję nie gniewał, a raczej było Mu przykro, że taki wykoślawiony Jego obraz przez lata nosiłam w swoim sercu. Dziś nie mam NAJMNIEJSZYCH wyrzutów sumienia, że opuściłam sakramentalnego męża. Jestem z siebie dumna, bo odzyskałam wolność, niezależność, spokój, radość i sens życia. A przede wszystkim szacunek do siebie samej. Moje dzieci widzą wesołą mamę, a nie taką, która codziennie "kroi cebulę".

Maju, jeśli dobijają Ci się do skrzynki katolickie udręczone żony, które nie potrafią odejść, bo im wiara na to nie pozwala, poślij je do mnie. Pomogę im rozwiać te wątpliwości i pozbyć się tego hamulca. Powiem im to, co sama przed laty potrzebowałam usłyszeć:

NIKT, nawet własny mąż (a raczej tym bardziej on!) nie ma prawa zdeptać w kobiecie GODNOŚCI!

Niech te dziewczyny walczą o SIEBIE! I niech SIEBIE kochają! Bo przykazanie miłości brzmi: „Kochaj bliźniego swego JAK siebie samego”! A nie ZAMIAST!  

Niech nie szukają winy w sobie, nie szukają usprawiedliwień ani sensów w bezsensach, tylko niech nie pozwalają się już więcej krzywdzić! Niech nie cierpią w milczeniu, ale NA GŁOS wołają o pomoc! 

Niech nie ratują już więcej męża, lecz SIEBIE! (I dzieci – jeśli je mają!) Życie z takim człowiekiem to dźwiganie nie tylko swojego, ale i CUDZEGO krzyża. Najwyższa pora zdjąć go z pleców i ODDAĆ właścicielowi. 

Niech współpracują ze swoimi spowiednikami, bo JEZUS w sakramencie pojednania jest najlepszym psychologiem, jakiego kiedykolwiek spotkałam!  

Niech szukają terapeutów, którzy mają rozeznanie w tym temacie! Niech czytają odpowiednie książki, otaczają się życzliwymi ludźmi, uczą stawiać granice i dobrze o SOBIE myśleć.

I niech nie czekają już dłużej na żadne „KIEDYŚ”, bo ono samo od siebie nie nadejdzie! Ja czekałam 17 lat.

Powiem im jeszcze, że po pięciu latach samotności w pojedynkę, mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że jest ona LUKSUSEM w  zestawieniu z samotnością we dwoje. I choćbym miała do końca życia być już sama (mimo rozwodu cywilnego moje sakramentalne małżeństwo wciąż trwa, więc nie szukam nowego partnera), to NAJWIĘKSZA BIEDA, ani tęsknota za mężczyzną u boku by mnie nie posłały z powrotem do mojego „ślubnego”.

Życie bez wylanych przez psychofaga łez jest BEZCENNE! Oznacza spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Twoje książki, Maju, kupiłam dwie. Jedną połknęłam i już podałam dalej. Drugą sprezentuję zaprzyjaźnionemu księdzu - by umiał w spowiedzi ratować te dziewczyny, które tego potrzebują. By nie musiały tkwić w tym latami, jak ja. By wcześniej wyszły na wolność, bo są tego warte!

Pozdrawiam ciepło Ciebie i Twoje Czytelniczki.



 *****************************************************************************

(URSZULA)

TAMTEN CZŁOWIEK 

Ula. Trzydziestokilkuletnia, drobna kobieta z żywą mimiką i energiczną gestykulacją, gdy zaczyna w herbaciarni na Saskiej opowiadać o swojej przeszłości, w mgnieniu oka zamienia się w słup soli jak biblijna żona Lota. Poruszają się tylko usta – megafon nadający audycję z tamtego świata. Poznaję ten stan – stan gotowości bojowej. Ciało zapamiętuje. Wszystkie mięśnie na wspomnienie konkretnych okoliczności spinają w ten charakterystyczny sposób.

Już dawno zamknęłam w sobie ten koszmar. Tylko czasem tamto wraca. Czasem miewam flashbackowe sny. Moja przyjaciółka Ewa i jej mąż, którzy mnie z tego wyciągali, kupili mi twoją książkę i napisali dedykację: „Na wypadek gdybyś chciała zapomnieć, jaka byłaś dzielna”. Chciałam ci ją pokazać i dostać jeszcze twoją dedykację pod tą od nich. Tak naprawdę wiesz, że to tylko pretekst, żeby spotkać kogoś, kto przeżył to samo i wie, jaką wartość ma ucieczka od takiego człowieka. W moim otoczeniu poza tą moją parą przyjaciół niewiele osób rozumie, co oznacza żyć z psychopatą i przeżyć. Co to znaczy w pewnym momencie zorientować się, że żyjesz w świecie totalnej fikcji i od tego niemal oszaleć, a mimo to zbudować później normalne życie.
Nigdy nie zapomnę, ile dla mnie Ewa z Jarkiem zrobili, chociaż długo, zbyt długo okłamywałam ich tak samo, jak wszystkich, których kochałam. Ale kochałam ich najwyraźniej mniej niż własne wyobrażenie o tamtym człowieku. [już do końca rozmowy nie padnie jego imię; w pamięci Uli funkcjonuje już tylko jako „tamten człowiek”, domyślam się, że nawet innych ludzi noszących imię „tamtego człowieka” Ula w pierwszym odruchu podświadomie klasyfikuje na nie].
Początek tego związku był tak ekscytujący, że żadne romansidła tego nie opiszą. Wycieczka na Chorwację, czarujący, sporo starszy mężczyzna podróżujący motorem (a jakże!), moje odłączenie się od wycieczki i wspólny z nim powrót do Polski. Imponował mi wiedzą, na każdy temat miał coś do powiedzenia, kreślił śmiałe plany, opowiadał o swoich życiowych i zawodowych doświadczeniach w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że mam do czynienia z człowiekiem o ugruntowanej pozycji i ukształtowanych zasadach moralnych. Sama sroce spod ogona nie wypadłam i też miałam sporo do zaoferowania – mimo młodego wieku kierownicze stanowisko w firmie dystrybuującej FMCG, ukończony UJ, MBA i jeszcze parę skrótów, które czyniły ze mnie tzw. dobrą partię. Wypracowałam sobie to sama, bo z domu pochodziłam bardzo skromnego. Nie musiałam więc lecieć na ową rzekomą ugruntowaną pozycję tamtego człowieka. Poleciałam na opiekuńczość, wiedzę i charyzmę. Był lepszym wariantem mojego wycofanego i chłodnego ale bardzo inteligentnego ojca. Nie byłam córeczką tatusia a tamten człowiek pochylał się nad każdym moim życzeniem, problemem i ogromne wrażenie robiły na nim te moje wszystkie skróty i osiągnięcia. Kochałam w nim to, że tak mnie kocha. Tak to jest jeśli dziewczynki szukają kogoś do adopcji a nie do normalnego związku.
Niczego nie podejrzewałam, nie sprawdzałam, a bo i nie było jak. Jego rodzice już nie żyli, nie miał rodzeństwa a znajomych zostawił w Irlandii, gdzie żył przez parę lat (to akurat było prawdą). A w ogóle, co tu sprawdzać – widać, że człowiek jest obyty, kochający, szybko zaskarbia sobie przychylność otoczenia, ma dobrą pracę (na ten moment akurat miał). Nie zastanowiło mnie, dlaczego „człowiek z ugruntowaną pozycją” ma tylko wynajmowaną kawalerkę. No i motor oczywiście. Inaczej – ewentualne wątpliwości rozwiał zapraszając mnie do tego skromnego lokum i mówiąc „do tej pory nie miałem dla kogo budować domu i sadzić drzewa, ale to się przy tobie zmieni”.
Sprawy potoczyły się szybko. Pierwsze pół roku było zjawiskowe. I chyba jeszcze wtedy rzeczywiście on też czuł coś na kształt miłości, chociaż tacy jak on o prawdziwej miłości nie mają bladego pojęcia. Byliśmy szczęśliwi. Każde na swój sposób. Ja - że wygrałam milion na loterii, on – że to on sam jest tym milionem. Jak to z narcyzem – póki go ubóstwiasz – jesteś królową, pojawia się pierwsza rysa na ubóstwieniu – jesteś śmieciem. Do tego doszliśmy też bardzo szybko, ale dla mnie było już za późno, bo w mojej głowie przekręcił się kluczyk uzależnienia.
Po raz pierwszy dowiedziałam się o jego zdradzie w rok po ślubie i, dziś to wiem, nie była to pierwsza zdrada. Natalka była już w drodze a ja byłam tak rozanielona i swoim małżeństwem, i swoim przyszłym macierzyństwem, że koleżankę, która mi o tym opowiedziała wyśmiałam i wyrzuciłam z domu. Powinnam ją odnaleźć i przeprosić ale, mimo upływu lat, tak strasznie mi wstyd… - Ula nerwowo rozmasowuje to spięte miejsce między brwiami, w którym, jeśli nie pomasować, zaczyna się płacz - …ale jeszcze to zrobię, bo ona chciała uratować mi kawał życia. Wtedy powinnam była, jeśli nie zakończyć ten związek, to przynajmniej włączyć zdrową czujność.
Potem było już tylko gorzej. Przez kolejnych pięć długich lat zaliczyłam poronienie, depresję i nerwicę. Kochanek miał więcej niż włosów na ciele. Koleżanki z pracy, byłe narzeczone, bajerowane podczas wycieczek laski. Taka niby mundra byłam i kształcona a zorientowałam się dopiero po trzech latach. A i to nie dlatego wcale, że taka bystra byłam a dlatego, że on zrobił się w tym brutalnie ostentacyjny. Jakby wręcz celowo przestawał się kryć, bo widział, jak mnie psychicznie rujnuje każde jego łajdactwo, potem przepraszanie, naprawianie i tak w kółko. Zwolna też rozpadał się jego wizerunek człowieka z ugruntowaną pozycją. Kolos na glinianych nogach. Zwykły cwaniak. Zmieniał kolejne prace (mało rozwojowe), kolejnych wspólników (mało rzutkich), pojawiły się pierwsze sprawy sądowe. W efekcie coraz częściej utrzymanie nas spadało na mnie. A! Długo by opowiadać i sama wiesz, jak się w takim bagnie grzęźnie. Na koniec okazało się, że przede mną miał już żonę i ma 10-letnie dziecko, których zostawił w Irlandii, gdy nie powiodły mu się jakieś biznesy. Udawało mu się jeszcze od czasu do czasu zwabić byłą żonę na akcję-reaktywację. To były jego „wyjazdy służbowe”. Dzięki tym wypadom do tamtej nieszczęsnej kobiety ugrywał tyle, że nie podawała na niego do sądu za niepłacone alimenty. Tak ją umiał przerobić i ciągle jej w głowie mącić.
Dziś, kiedy o tym wszystkim myślę, wiem, gdzie i kiedy popełniłam błędy. Kiedy pierwszy? Kiedy zniknęły pierwsze pieniądze. Niby to na jakieś obiecujące obligacje. Wtedy mi zadzwoniło porządnie, bo poproszony o papiery na dowód tej transakcji, wpadł w szał.  W domu rodziców zostałam nauczona, że mężczyźnie nie zagląda się do portfela a żonie w gary. Jedno i drugie niby wspólne ale agresja ojca wytresowała moją matkę w niepakowaniu nosa w „męskie sprawy”. Tamten człowiek szybko załapał, że znam swoje miejsce w szeregu i „właściwie” reaguję na atak przy próbie rozliczenia go kasy. W każdym z takich przypadków wpadał we wściekłość, która mnie paraliżowała i wycofywałam się z rozliczania go z kwot, które, jak się później okazało, szły na inne kobiety. Od czasu do czasu z tych pieniędzy i mnie coś skapnęło w ramach miodowych miesięcy. Miał to wkalkulowane. 

Dziś już trudno mi samej w to uwierzyć, ale był taki moment, kiedy na poważnie rozważałam opcję pogodzenia się z taką rolą - ustawicznie zdradzanej i mimo to trwającej w tym związku. Podobno gdzieś są takie kobiety, które wykonują takie salto mortale przez plecy. W momencie, kiedy po raz pierwszy o takiej ewentualności pomyślałam - osiągnęłam swoje dno. I w tym mule jeszcze trochę poleżałam. Łamałam się. Wracałam i odchodziłam. Ile razy? Trzy... cztery... Zależy, co uznamy za powrót, co za odejście. Nazwijmy to, że dawałam mu szanse. Albo inaczej - prowokowałam, bo te odejścia nie były demonstracją mojej siły tylko prowokacjami podszytymi nadzieją, że jak tak nim potrząsnę, to coś się zmieni, że on zrozumie, że to już nie są żarty. Bardzo długo zamiast walczyć o siebie walczyłam tak naprawdę o niego.
Po kolejnych trzech latach, z zupełnie przeoraną psychiką spakowałam siebie i dziecko i wyprowadziłam się na dobre do Ewy i Jarka chociaż oni stracili już nadzieję na to, że jestem w stanie w tym postanowieniu wytrwać. Było ciężko. W pracy już krzywo na mnie patrzyli, bo na poratowanie zdrowia brałam kolejne zwolnienie lekarskie. To już szło w miesiące. Wisiało nade mną widmo bezrobocia i bezdomności, bo pół swojego domu przepisałam na tamtego człowieka, a on ani myślał ustępować pola. Gdyby nie to, że Jarek jest prawnikiem zapewne nie odzyskałabym tego, co mnie i dziecku się należało. Poddałabym się za cenę spokoju. Ewa doglądała mnie jak chorego na ciężką chorobę, Jarek wziął na siebie kwestie prawne a tamten człowiek szalał. W miarę tego jak stawałam na nogi, jego obłęd wzmagał się. Próbował manipulować każdym uczestnikiem tego masakrycznego spektaklu – mną, dzieckiem i nawet Ewą i Jarkiem. Bez nich – słowo, złamałabym się i wróciła do niego. Płacz, sms-y, błaganie, zastraszanie mnie i nawet rodzicielskie porwanie Natalki. Dom wariatów trwał rok. Po drodze też przekonałam się, jak bezsilne są sądy, prokuratura i Policja wobec jednego manipulanta. Potem, kiedy zobaczył, że odbudowałam zdrowy rozsądek i nie ma już niczego do ugrania, nagle, z dnia na dzień zniknął z naszego życia. Wyjechał do jakiegoś innego województwa i nastała wielka, kojąca cisza. Nawet alimentów nie płaci, ale ja nie chcę od niego nawet złotówki. Niech zostanie tam, gdzie jest. Najlepiej niech się zdematerializuje.
Od tamtej wyprowadzki minęły trzy lata. Natalka w przyszłym roku pójdzie do komunii. Po zawiłych perypetiach lokalowych, mamy już własny dach nad głową. Z Ewą otworzyłyśmy firmę. Branża? Home staging. Przygotowujemy mieszkania pod wynajem lub sprzedaż. Stylizacja, drobny remont, profesjonalna sesja zdjęciowa i hajda na rynek. Mieszkania, na które latami nie było chętnych, po naszej ingerencji znajdują nabywców w krótkim czasie. Zdecydowałyśmy się na to ze względu na niskie początkowe koszty własne, a ja już miałam dość pracy w korporacji. Ewa od zawsze interesowała się dizajnem i fotografią, ja zajmuję się stroną finansową i pozyskiwaniem klientów. To się okazało najlepszą odtrutką. Wróciłam do świata normalności dzięki częstym kontaktom z różnymi ludźmi. Normalnymi ludźmi. No i… gdzieś po drodze pojawił się Zbyszek – architekt. Kiedy się dowiedziałam, że jest wdowcem, dogoniła mnie pierwsza myśl jeszcze z TAMTEGO CHOREGO ŚWIATA – pewnie ją zabił. Szybko tę myśl od siebie odpędziłam, ale fakt jest niezaprzeczalny – skaza na mózgu po życiu z takim człowiekiem zostaje jeszcze długo. Nigdy Zbyszkowi o tamtej myśli nie powiedziałam, ale myślę, że i tak by zrozumiał. A gdyby miał nie zrozumieć, to znaczy, że to jeszcze nie teraz. Jednak mam nadzieję…

 *****************************************************************************

(ALICJA)

LADY in RED

Z Alą poznałyśmy się na studiach podyplomowych. Później, całe lata, nie utrzymywałyśmy kontaktów. A i na samych studiach to była raczej relacja „służbowa”. Sympatyczna ale bez zażyłości. Alka była, jak to określam, potencjalnie bardzo atrakcyjna, ale tak wycofana i schowana w szarościach, że trudno się było doszukać w niej kobiety. Była kobietą bez wieku. Mogła być zarówno dobrze zakonserwowaną 45-latką, jak i wymizerowaną 30-latką. Na zajęcia przychodziła pierwsza, siadywała w ostatniej ławce, w przerwie zjadała kanapkę skulona nad blatem, nie integrowała się, nie wysyłała żadnych sygnałów. Mimo dużej wiedzy i pracowitości do egzaminu państwowego nie podeszła. Ostatnio spotkałyśmy się na grillu u wspólnych znajomych, którzy zapowiedzieli mi, że na imprezie będzie ktoś, kogo znam. Pomylili się. TEJ osoby nie znałam. To znaczy twarz i nazwisko się zgadzały ale to była zupełnie inna kobieta – awers i rewers. Wspaniałe poczucie humoru, zaraźliwy śmiech, wszechstronna wiedza, własnoręcznie wykonany wielki sweter w abstrakcyjne, picassowe wzory, ręcznie malowane trampki. Od owych wspólnych znajomych Ala dowiedziała się o mojej książce i tego wieczoru, między karkówką a domowym Maćkowym winem poznałam kawałek Alkowego życia.
[Maciej ma dwie pasje – kinematografia i wyrób własnych win i nalewek. W jakiś, tylko jego eklektycznemu umysłowi, wiadomy sposób zdołał połączyć je obie w jedno. Amatorsko, dla "krewnych i znajomych królika" robi serie trunków nazwanych przez niego Wino-Kino. Każda butelka ma inną nazwę i oznakowana jest etykietą, własnego pomysłu graficznego. Tak więc ja piłam słodką, przełamującą lody jeżynową Ritę (Hayworth), a Alka – wytrawnego, rozwiązującego język Benicio (Del Toro).]
Ja ciebie też słabo pamiętam. Nazwisko mi się kojarzyło. W ogóle nikogo nie pamiętam z podyplomówki. Nie wolno mi było zawierać żadnych znajomości, wychodzić na grille, jak ten, odbierać ani wykonywać żadnych podejrzanych telefonów, stroić się ani zanadto malować.
Pawła poznałam na studiach. Był o dwa lata wyżej. On ich nie skończył, bo na trzecim roku „przytulił się” do jednej z nowo powstających spółek z kapitałem zagranicznym i stwierdził, że studia w karierze nie będą mu już potrzebne. Ja dociągnęłam do końca, ale przy akompaniamencie jego ironizowania, że w naszych czasach studiują tylko obiboki, którym się do roboty nie chce iść. Moja magisterka była moim ostatnim aktem woli i wolności. Potem był ślub i moja cywilna i moralna śmierć.
Nie był przystojny, ale mężczyzna nie musi być przystojny, żeby być pociągającym. Kiedy go poznałam, byłam z kimś innym, ale Paweł wyszedł z siebie i stanął obok, żeby mnie do siebie przekonać. I udało mu się. Był cudowny. Naprawdę. Skłamałabym, gdybym o okresie przed ślubem i krótko po, powiedziała coś złego. Horror zaczął się nie od razu. Stopniowo. Do dziś nie mogę sobie darować TYCH momentów, kiedy mogłam coś z tym zrobić, ale nie zrobiłam. Zmarnowałam całe lata, obiecując sobie, że następnym razem mu już na to nie pozwolę, wyjdę, ucieknę, walnę go z liścia. Prokrastynacja stała się moim drugim imieniem. Ale tak naprawdę ciągle czekałam aż on się zmieni… a może raczej wróci do stanu sprzed tej zmiany na gorsze. Ta jedna nadzieja we mnie nie umierała. Ludzie mają różne marzenia, że kiedyś uskładają na egzotyczną podróż, albo że jeszcze wybudują swój wymarzony dom, albo znajdą czas na zajęcie się wiecznie odkładanym na później hobby. Ja czekałam tylko na tę jego zmianę, na to, że znów spojrzy na mnie tak, jak patrzył, gdy pierwszy raz założyłam swoją piękną czerwoną sukienkę.
Dopasowana, asymetryczne cięcie, skromnie kończąca się za kolanem ale z odważniejszym już, krzyżowym dekoltem na plecach. Pieniądze na to markowe cacko zbierałam miesiącami.  Wtedy, w dniu inauguracji tej sukienki, oświadczył mi się i powiedział: Moja i tylko moja Lady in Red. Myślałam, że to był wyraz zachwytu, wyznanie miłości. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to była groźba i zapowiedź całego naszego przyszłego życia. Do dziś nie mogę słuchać Chrisa de Burgh.
Pojawił się Grześ – malutki, z niedowagą, wcześniak, ale wyszedł z tego. Mój syn rósł zdrowo a ja w tym samym czasie więdłam. Przez dwa lata małżeństwa Paweł już zdążył nauczyć mnie poruszania się w naszym życiu jak po kruchej tafli lodu. Nie chodziłam. Stąpałam, żeby coś znów nie kazało mu się zerwać jak wściekłemu psu z łańcucha. Po ciąży szybko wróciłam do formy. Tylko sport mnie trzymał przy życiu ale… ćwiczyć mogłam tylko w domu, bo „te wszystkie siłownie pełne są śliniących się buhajów, którzy chętnie przetrzepaliby takie spocone laski.” Tak się wyrażał „przetrzepać laskę”. A mówił to z taką miną, jakby tym domniemanym, urojonym w jego własnym mózgu buhajom zazdrościł. Z tych samych względów donikąd nie wychodziliśmy – kino i teatr można mieć w domu na plazmie a wszyscy znajomi byli niewarci naszego czasu na imprezowanie z nimi. Według Pawła. Moje zapatrywania na te kwestie się nie liczyły. W krótkim czasie znajomości ze studiów umarły śmiercią naturalną a nowe nawet nie zostały poczęte.
Pewnego dnia zostaliśmy zaproszeni przez dyrektora Pawła na kolację. Dopiero awansował, więc tego nie dało się odrzucić. Założyłam swoją czerwoną sukienkę cała uszczęśliwiona, że nadal się w nią mieszczę i że wreszcie jest okazja, żeby komuś jeszcze niż innym ciuchom w szafie ją pokazać. Niecierpliwie czekałam na promienny uśmiech Pawła. Wszedł do sypialni i na mój widok pobladł. Wcale nie z zachwytu. W tle już nie śpiewał Chris de Burg. „Przebierz się – wysyczał przez zaciśnięte zęby - To jest przyjęcie dla kadry kierowniczej z żonami a nie męska integracja z dziwkami.”
To wtedy był jeden z TYCH momentów, kiedy powinnam była zrobić COKOLWIEK ale nie zrobiłam, bo wydawało mi się, że nie mam wyboru, nie mam dróg ucieczki. Mój mózg próbował też coś kombinować, że zazdrość = miłość. Dziś już wiem, że każdy wybór, nawet spanie pod mostem, byłoby lepsze niż kolejne lata życia w upodleniu. Nigdy mnie nie uderzył. Nie musiał – zadręczał mnie sukcesywnie i systemowo na tysiąc innych sposobów.
Najbardziej odrażające było kabotyństwo. Po takich scenach jak ta z sukienką, potrafił przy ludziach wychwalać mnie pod niebiosa, nieustająco przytulać albo ostentacyjnie, głośniej niż mówili inni w towarzystwie, pytać, czy mi czegoś nie dolać, nie podać, nie okryć szalem. Takich sytuacji nie było wiele, bo i okazji poza spotkaniami w gronie rodziny na święta było mało, ale w kontekście tego co robił chwilę przedtem wywoływało u mnie mdłości.
- Tak tu mówię i mówię, ale czy ja cię nie obciążam swoją historią, Majka? W końcu nie po to tu przyjechaliśmy. Może masz już dość takich opowieści – zapytała nagle spłoszona Ala.
- Gdybym nie chciała słuchać, to powiedziałabym ci. Możesz być tego pewna. Chyba wiesz, że po takich przygodach coś, czego uczymy się w pierwszej kolejności, to umiejętności stawiania granic (nasz wspólny śmiech). Dałam sobie prawo do higieny emocjonalnej i zdrowego egoizmu. Słucham tylko tego, czego chcę. Lubię słuchać historii kobiet zwycięskich. Patrząc na ciebie nie wątpię, że ku temu zmierzamy, więc kontynuuj.
Wiesz? Do tego egzaminu już nigdy nie przystąpiłam. To właśnie podczas tych studiów pękł we mnie ten ostatni sznurek, na którym trzymała się dawno już poszarpana lina. Samo wywalczenie prawa do studiów podyplomowych było już koszmarem. Każda godzina spóźnienia, a wiesz, że zajęcia czasem się przedłużały, była wyrokiem. Po powrocie musiałam wysłuchać, jaką to wyrodną matką jestem zostawiając dziecko na tyle godzin. Byłam odpytywana ze składu osobowego naszej grupy. Młodzi są koledzy, co? Przystoooojni i takie kujoooonki? Kolejne obiboki wycierające tyłkami ławki. [Alka parodiuje grymas pogardy].
Wyprowadziłam się z Grzesiem do mamy, kiedy Paweł był w pracy. Wiem, że „na żywca” nie udałoby mi się. … Nie chcę, nie mogę opowiadać o tym koszmarze, który zaczął się potem. Kocham moje dziecko, ale żałuję, że mam je z nim i muszę, mimo upływu lat, utrzymywać kontakty, wysłuchiwać wszystkich jego zażaleń do tego, jak wychowywany jest syn, jak się ubiera, dlaczego ma krzywe jedynki i że alimenty zapewne idą na moje kurestwo a nie na nasze dziecko. Jeszcze długo po rozwodzie paroksetyna była moim „suplementem diety”.
To jest cena, ale nie zawahałabym się zapłacić jej ponownie, żeby znaleźć się tu, gdzie jestem dziś. Zrezygnowałam z zawodu wyuczonego – naszego wspólnego. Stwierdziłam, że nawet studia nie były moim świadomym wyborem i moją drogą. Znalazłam sobie niszę, która pozwala mi realizować się i utrzymać siebie i dziecko. Bez pomocy mamy byłoby mi dużo ciężej ale i tak bym to zrobiła. Nadal z nią mieszkam, ale już znalazłam mieszkanie. Do wyremontowania. No dobra, do remontu generalnego. Będzie skromnie ale po mojemu. Po naszemu, bo Grześ na planie już rozkłada powycinane z kartki szablony mebli w poszczególnych pomieszczeniach. No i latam. Każdy dodatkowo zarobiony pieniądz wydaję na „szmaty” (czytaj: paralotnię albo spadochron). Rodzina wie, że na święta daje mi się kasę, za którą będę mogła kupić kolejny kawałek osprzętu – nową uprząż, wariometr albo protektor. Same wyjazdy na latanie kosztują. Młody już ręce zaciera i prosi o własne skrzydło. Musi poczekać, jeszcze się boję chociaż wiem, że to nieuniknione od chwili, kiedy zobaczył teledysk z tym Norwegiem – Jokke Sommerem. Przyznam szczerze, że i mnie ten „wiewiór” sen z powiek spędził. Kto wie. Teraz wszystko jest możliwe.

[*  ”wiewiór” – osoba uprawiająca ekstremalnie ekstremalne loty wingsuitowe. A zresztą, co będę gadać – same zobaczcie Jokke Sommera w ulubionym Grześkowym teledysku i wszystko będzie jasne.]

 Niektóre imiona i nazwy własne zostały zmienione.